I znowu przepadłam na kila godzin, a do nadrobienia jeszcze sporo.
Pojawił się serial “Ania”. Ale chodzi dokładnie o tą samą bohaterkę i cykl powieści pt. “Ania z Zielonego Wzgórza”.
Melodia znana od lat. Kiedyś w książkach o Ani zaczytywałam się po nocach - na przemian z “Pollyanną”.
Ile to już czasu minęło?

Myślałam, że Ania zawsze będzie mieć dla mnie twarz Megan Follows.
Rude warkocze onegdaj pofarbowane na zielono, piegi i wielką wyobraźnię.
Dla przypomnienia:

Ale pojawiła się nowa, odświeżona wersja i dziewczynka wygląda tak:

Inny odcień włosów, inny uśmiech, lecz przygody bardzo podobne.

W zasadzie wszystko jest kalką, tylko w 2017 roku dodano kilka bardzo naturalistycznych wątków (chociażby mroczna przeszłość i wspomnienia).
Stacja postanowiła nie eksperymentować ze szlagierem od Lucy Maud Montgomery. Nie przenosimy się w czasie, nie zmieniono imion, czy charakterów głównych postaci…
Kilka wątków rozbudowano, lub oszlifowano (to dobre słowo).

Tradycyjnie kocham Mateusza.

Oglądam, przenoszę się w czasy dzieciństwa, a łezki kapią.

Amybeth McNulty w roli Ani jest zjawiskowa, a materiału wystarczy na kilka lat.

Dla fanów Ani z Zielonego Wzgórza i nie tylko. Śmiało możecie puszczać ten rodzinny serial potomnym.
Na dobry początek 4 bobry.