Prapremiera za nami, czas więc na kilka słów podsumowania.
Zainteresowanych zapraszam poniżej.

Po dwóch odcinkach sytuacja zaczyna się klarować. Aż po sufit będzie ciepłą i mądrą opowieścią o życiu rodziny.
Niestety jak na razie ta opowieść jest dość przeciętna. Brakuje mi wcześniej zapowiadanych wybuchów śmiechu i dużej ilości wzruszeń.
Aczkolwiek - wszystko się może zdarzyć.

Dzisiejszy epizod podobał mi się bardziej niż sam pilot. Kilka dni z perspektywy ojca tracącego pracę, któremu szalona rodzinka “wchodzi na głowę” zakończyło się happy-endem. Andrzej udowodnił, że jest samcem Alfa w stadzie i każdy członek familii musi liczyć się z jego zdaniem.

Zastanawiam się co wydarzy się za tydzień. Wszak problem alkoholowy córeczki jak na razie jest rozwiązany, mam wrażenie, że również pozbyliśmy się jej partnera - ćpuna, najmłodszemu synkowi odrobinę “przytarto” zadarty do góry nosek, a dziadek przebolał wstydliwy incydent z sukienką (dzięki świetnej przemowie zięcia).
Być może jak w przypadku kilku seriali made in USA to właśnie trzeci, czwarty odcinek będzie przełomowy dla całej produkcji?
Trzymam za to kciuki.

Pan Pazura spisał się bardzo dobrze w roli ojca, męża, syna, czy też kapitana drużyny. Tak jak w premierze chwaliłam Olszówkę dzisiaj to jego gra aktorska/narracja zasługuje na wyróżnienie.

Irytuje mnie postać sąsiadki - wyszczekanej pielęgniarki, za to polubiłam Natalię i Milo.

Szczerze mówiąc nie mam o czym więcej pisać.
Epizod oglądnęłam, oceniam bardzo poprawnie, jednak jeśli zapytalibyście mnie, czy chcę go sobie powtórzyć - to niestety moja odpowiedź brzmi “Nie”.
Nadal czekam na jakikolwiek efekt Wow. Cokolwiek. Bo to nie jest głupi, czy nudny serial.
Tylko po prostu nic mnie do niego nie ciągnie.

3 bobry.