Szczerze mówiąc już po zwiastunach byłam pewna, że to nie może się udać. Kotlet tak odgrzewany, że w smaku powinien przypominać podeszwę.
Niestety tak właśnie jest. Pilot przewidywalny do bólu. Ale to tak, że naprawdę wiemy, co wydarzy się za kilka sekund i jakie decyzje podejmą główni bohaterowie.
W zasadzie kiedy Wam napiszę, że pod drzwi pewnego barmana trafia dziecko, którego on nie chce, a później okazuje się, że córka ma trafić do adopcji - dośpiewacie sobie resztę i już nie musicie czytać recenzji. Ani oglądać odcinka.

Miałam nie oceniać odcinka tylko i wyłącznie po pilocie - ale bądźmy uczciwi. Szkoda mi czasu na więcej, chociaż z pewnością w wolnej chwili zerknę na kolejny epizod tylko po to aby przekonać się, że miałam rację.

Po pilocie wiem, że przyjaciółka (która schudła) kocha się w głównym bohaterze. On wynajmuje mieszkanie z bratem i przyjacielem, który liczy jedzenie.
Brat głównego bohatera kocha się w przyjaciółce, która niestety od dzieciństwa darzy uczuciem… tego drugiego brata (zawile aczkolwiek da się zrozumieć). Pole do popisu dla scenarzystów genialne. Dwóch braci, jedna kobieta i dziecko, które będą razem wychowywać.

Barman, geek i przygłup. Mamy już trzech mężczyzn. Potrzebujemy dziecka.
Jest. Przesłodka dziewczynka, dla której warto zobaczyć pierwszy odcinek.
Emma zostaje z biologicznym ojcem, który postanowił nie oddawać jej do adopcji i ma ochotę ją wychowywać chociaż zanosi się na problemy (oczywiście cały odcinek był o tym, że dzieciaka jednak należy powierzyć odpowiedzialnym rodzicom zastępczym i więcej o tym nie rozmawiać).

Sytuacja od początku do końca strasznie prosta i jedynie dla fanów seriali, gdzie “kupa” dziecka jest w głównym centrum uwagi. Wąchanie, szczypce, przerzucanie odpowiedzialności nad zmianą pieluszki, taśma izolacyjna i specjalne gogle.

Na dobry początek dam 1 bobra. Za dziecięcego aktora.Ale to z pewnością nie jest Raising Hope…