Zawadzki jest we Wrocławiu.
To było oczywiste od Finału, gdzie Pan policjant “zaproponował” naszemu nauczycielowi pewien układ.

Jest nowa szkoła, nowi bohaterowie i nowa zagadka.
Jak to wszystko wyszło?
Spoilery w granicach rozsądku ;)

Prywatne Liceum dla dzieciaków z najbogatszych rodzin. Jest więc teatr, nauczyciele, z którymi śmiało można przejść na “Ty”, nowoczesny monitoring, czy wagary w Paryżu i kosztowne ciasteczka.

Akcja dopiero się rozpoczyna, a my dokładnie tak jak Paweł uczymy się imion i błądzimy we mgle podejrzeń i przypuszczeń.
Dzieciaki, które zniknęły w tajemniczych okolicznościach wróciły pod opiekuńcze skrzydła rodziców, ale  nikt nie wie gdzie naprawdę były i co robiły w “wolnym” czasie.
Kluczem może być rozmowa ze szkolnym psychologiem, ale również nie musi - kto zabroni młodemu buntownikowi pleść farmazonów?

Są też ostatnie, mocne minuty, które dopiero rozpoczynają tragedię i prawdziwe śledztwo.

Pierwszy odcinek to dopiero wprowadzenie i większość czasu oglądaliśmy najzwyklejszą obyczajówkę, a nie kryminał.
Oczywiście jest to przyzwoicie zagrana i dobrze nakręcona obyczajówka. Nie mówiąc o klimatycznych zdjęciach i oświetleniu.

ALE.
Nie czuję się tak mocno zaangażowana jak w przypadku pierwszej serii, po której widownia dostała mocnego kopa i zaczęło się szaleństwo.
Jeszcze nie oceniam gry aktorskiej, ale już widzę, że nie ma nikogo pokroju Pana Simlata, który od początku skradł moje serce (jak zawsze zresztą ;)

Z drugiej jednak strony okrutnie cieszę się, że nie powielono schematu - zabity nastolatek i krąg podejrzanych. Tego bałam się najbardziej.

Czekam na więcej “mięsa”, soczystych dialogów, wyrazistych postaci, a przede wszystkim tajemnicy, która sprawiła, że serial stał się hitem Canal+.
Oglądam dalej :)

Za początek 3 bobry.