Serial o grupie naukowców, którzy w podziemiach biblioteki starają się chronić magię i wszelkie jej symbole wyglądał mi początkowo na produkcję z serii “przygodowych”.
Po pierwszym odcinku nastawiłam się raczej na “bajkę”, a po czterech epizodach daję sobie spokój.

To po prostu nie mój klimat i nie mam ochoty zmuszać się do oglądania czegoś tak głupiego.

Podejrzewam, że każdy z nas uwielbiał lub uwielbia stare seriale baśniowe.
Dużo szukać - Pan Kleks, czy Arabella.
Mniej efektów specjalnych, chociaż i takie były na porządku dziennym. Ale przede wszystkim - była całkiem udana wersja fabularna i kilku bohaterów, których naprawdę dało się lubić.

W “Bibliotekarzach” nie ma nic, co skłoniłoby mnie do włączenia kolejnego odcinka.
Bo jeśli pierwszy epizod (a raczej dwa) jeszcze dawał nadzieję, że to będzie kolorowa papka dla odprężenia, to już trzeci rozwiał moje wątpliwości.
Wyobraźcie sobie w czasach dzisiejszych Firmę, która w piwnicach ma zamontowany magiczny labirynt do którego na pewną śmierć wysyła swoich stażystów. Tylko po to, aby lepiej wypaść w notowaniach giełdowych.
Sam Minotaur nawet nie śmieszył, a raczej sprawił, że byłam zażenowana. Charakteryzacja okrutna, emocje rodem z zakupów w sklepie papierniczym.
Jeśli chcecie wiedzieć jak zdobyto kłębek nici, który wszystko odczarował musicie poświęcić 45 minut. Nie będę spoilerować ;)

Nasi Bibliotekarze biegają, rozwiązują zagadki, włamują się do komputerów, a ich przełożona często strzela z pistoletu.
Rebecca Romijn jako Baird dla mnie niestrawna i mam wrażenie, że za często ma tłuste włosy ;)

W kolejnym odcinku bohaterowie ratują Święta i Mikołaja.
I chyba nie chcę już więcej napisać.

To nie jest serial dla mnie.

1,5 bobra.

PS. Ale ja również nie lubię serialu pt. “Grimm”. Więc to tylko moje wrażenie i moja recenzja…