Zaczynam od tych seriali, które mają naprawdę spore szanse na kolejne sezony po oglądalności pilotów.
Będzie bardzo krótko, więc się nie martwcie. O analizę pokuszę się być może przy finałach, bo nie ma co chwalić nowości - tak jak to zrobiłam w przypadku “The Strain”. Siły opadły, grupa ratowania przed wirusem kontra Szatan już mnie nie ciekawi.
Ale zerknę na koniec sezonu - tylko z uwagi na wampiro-zombiaki i moje nieszablonowe poczucie humoru ;)

Ale wróćmy do “Black-ish”.

Jakoś nie mogłam zrozumieć fenomenu powyższego plakatu. A tutaj chodzi li i jedynie o kolory.
“Kolorowi” to rodzinka z serialu, która chce być jedną, z wielu bogatych familii w Los Angeles i nie tracić swojej tożsamości kulturowej.

Dziadek, a jak się później przekonujemy nawet ojciec chcą chronić “afroamerykańską” tożsamość swoich dzieci, które już tak wrosły w społeczeństwo, że nie rozróżniają koloru skóry swoich kolegów i nie mają pojęcia jakim wielkim przełomem w historii świata jest pierwszy “czarny” Prezydent Ameryki.

W telegraficznym skrócie:
Bogata rodzina (on specjalista od reklamy, ona lekarz) mieszka na przedmieściach LA. Mają czwórkę dzieci i ojca/dziadka na pokładzie, który zawsze musi wtrącić trzy grosze.
Są unikatem wśród sąsiadów, gdyż nie są raperami, czy znanymi gwiazdami koszykówki. Ot zwykli, wykształceni ludzie, którym udało się dobrze zarobić.

Ogólnie.
Plus za brak śmiechu z puszki. Historię ogląda się “sympatycznie”. Jest kilka wątków komediowych - np. fakt, że Junior chce mieć barnictwę, tak jak większość kolegów ze szkoły i woli grać w hokej na trawie zamiast w koszykówkę.
+ za filmik stworzony do promocji LA przez ojca, opierający się na schematach;
+ za narratora, który pokazuje widzom kto w tych czasach robi muzykę R&B, do kogo należą słynne, “murzyńskie” pupy i kto jest gwiazdą rapu.

W zasadzie nie spodziewałam się niczego po plakatach i zwiastunach.

Na pewno nie zniechęciłam się, jak w przypadku pilota “Young & Hungry” do oglądania. Wręcz przeciwnie - z przyjemnością zobaczę kolejny odcinek.

Ale bez przesady.
To nie jest serial, który sprawił, że głośno się zaśmiałam, czy doceniłam jakąkolwiek postać, aby nazwać ją po pilocie “kultową”. A wyczytałam na zagranicznych serwisach, że “Black-ish” to komedia wybitna.

W zasadzie sami możecie ocenić. To tylko 20 minut.
Z przyjemnością odpalę kolejny epizod ale na pewno nie będę na niego czekać. Może w wolnej chwili…
To nie jest moje “Top”.

Na razie 3 bobry. Na dobrą wróżbę ;)