Black Mirror 4 – Kilka słów po maratonie

Skończyłam maraton wcześniej, w zasadzie w dniu (a raczej nocą) 29 grudnia 😉 i to z największym fanem produkcji.
I po większości odcinków mieliśmy takie… „Bo ja wiem”, „A tego to już nie było wcześniej”?
– „Ten był nudny, dawaj kolejny”, „Bez sensu… misiek!?”

Nie mam zamiaru analizować, czy opisywać każdego epizodu – jeśli jesteście ciekawi spostrzeżeń minuta po minucie – wejdźcie chociażby na forum Filmwebu. Grono widzów zrobiło to perfekcyjnie.
Będą Spoilery i takie tam 😉

Nie zgadzam się, że najlepszym epizodem był „Hang the DJ”.
Randki w przyszłości, poszukiwanie idealnego „dopasowania” za pomocą specjalistycznej aplikacji nie porwały żadnego z domowników, a jedna z osób stwierdziła, że „to było głupie”. Jak wiadomo ile głów, tyle opinii 😉
Ja sam pomysł doceniam, byłam odrobinę przerażona możliwością życia przez kilka lat z człowiekiem, u którego irytuje mnie nawet przełykanie śliny tylko dlatego, że tak „nakazuje” telefon.

Zaczęliśmy od U.S.S. CALLISTER i to był świetny start.
Pomysł na umiejscowienie akcji w starym serialu wzorowanym na Star Treku był idealny. Początek zaskakujący i taki „Hej, o co chodzi?”, a później przeniesienie w czasy „współczesne” i opowieść o pomiatanym nieszczęśniku, który kopiował DNA współpracowników, aby dowartościować się wirtualnie. I niebawem zamiast go żałować zaczynaliśmy nienawidzić psychopaty.
Finał perfekcyjny.
Tylko czy to nie jest odrobinę odgrzewany kotlet? No jest. Charlie Brooker już klonował ludzi i wkładał ich do wirtualnego świata…

Kolejne odcinki były bardzo różne. Widać, że zaczęto bawić się nie tylko treścią, ale i formą. Zdjęcia, efekty wizualne i miliardy smaczków.
Niestety większość pomysłów na scenariusz to odtwarzanie starych przepisów. Czy to kontrola rodzicielska, czy wszczepianie chipów do podglądania wspomnień, aplikacje kontrolujące życie, czy wspomniane przed chwilą kopiowanie ludzi – to wszystko już przecież było.

Moim faworytem jest mimo wszystko „Black muzeum”, które pokazało trzy historie i trzy poziomy bólu. Do tej pory mam ciarki na myśl o małpce, a raczej uwięzionej w maskotce matce, która zgodziła się na eksperyment ze względu na synka i męża.
Życie toczy się dalej, a nikt nie wytrzyma 24-godzinnej kontroli i głosów w głowie od zmarłej żony…

To nie był równy sezon. Wolałabym poczekać nawet dwa lata na lepsze dopracowanie scenariusza i pomysły, które onegdaj zwalały z nóg.
Całość oceniam na 3 bobry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *