Bodo 9 odcinek - recenzja.

Nie opisałam nowego odcinka O mnie się nie martw i mam nadzieję, że to szybko naprawię. A jeśli nie, to też nic się nie stanie. Kto jeszcze to ogląda? (Po komentarzach widać, że widownia mocno się wykruszyła).

Z Bodo jest podobnie.
Jeszcze kilka tygodni temu prowadziliśmy zacięte rozmowy i przerzucaliśmy się wrażeniami. Dzisiaj w zasadzie nikt nie chce komentować nowości TVP1.

Musimy uznać klęskę.
Bodo nie porwał, Pan Tomasz nie spełnił się w roli filmowego amanta, a kolejne epizody tylko udowadniają, że cała para “w gwizdek poszła”.
Nawet moja mama, która dzielnie dotrwała do końca Rozlewiska i ogląda Blondynkę w czasie emisji Bodo śledzi TVP Historia.

Wiecie, że uwielbiam Piotra Głowackiego i mocno trzymam kciuki za rozwój jego kariery.
Po Waszych komentarzach spodziewałam się wybitnej kreacji.
Wyszło przeciętnie. Bo wybitny aktor nie miał w zasadzie czego grać.

Przez połowę odcinka oglądaliśmy wyprawę do Afryki i kolejne odsłony romansu wagonowego.
Eugeniusz spotkał się z Adą, ale dowiedział się, że dziewczyna nadal go nie kocha.
Pani Sonia/Nora zapominała, że raz ma długie warkocze, a innym razem krótkie loki - ale tego już się nie czepiam. Aktorsko w tym przypadku jest bardzo słabo.
Napiszę nawet, że tancerka Edyta Herbuś była lepsza.

Proces sądowy pokazał widowni, że wszyscy kłamią jak najęci, a paszport ze Szwajcarii może zdziałać cuda. Gdyby nie rozmowa na cmentarzu, to już powiesiłabym na Bodo kilka niewinnych psów.

Najlepszy punkt to życie Moryca w Warszawie. Cieszę się, że będzie miał dziecko, a jego`biznes nadal się rozwija.

Ogólnie odcinek zaliczam do przeciętnych.
Taka biografia i realizacja jednego filmu (nota bene nudny - do zobaczenia w serwisie youtube) na epizod?
2,5 bobra.