W szóstym epizodzie pojawiło się nieznane dotychczas zjawisko: połączenie zaćmienia księżyca z narodzinami gwiazdy ;)
Boguś coraz lepiej radzi sobie w międzywojennym showbiznesie. Jeszcze nie znano terminu “paparazzi”, ale jak widać na porządku dziennym były tzw.”ustawki”.
Dziwię się jedynie, że w całej Warszawie do dyspozycji była tylko jedna reporterka.

Obiecałam sobie, że dzisiaj nie będę narzekać ZANADTO ;)
Powoli przyzwyczajam się do nowego Bodo, doceniam piosenki, układy choreograficzne i nowe postacie. Jednak muszę się odrobinę przyczepić do występu “Afroamerykanów”. Jak widzieliśmy w poprzednich odcinkach tygodniami ćwiczono mało skomplikowane pokazy z huśtaniem wokalistki w roli głównej. A teraz w ciągu zaledwie kilku minut była przygotowana sekcja muzyczna, chórki, tańce, a nawet oryginalny make-up. I to jeszcze z piosenką po angielsku!
Takie zdolniachy to tylko w Warszawie ;)

Poznaliśmy Zulę Pogorzelską, a nawet Norę Ney.
Udawany związek z artystką ewidentnie pokazał, że Eugeniusz wykorzystał kobietę do realizacji własnych celów - czyli występu solowego.
Dziwię się, że człowiek, który nie szanuje uczuć może aż tak poświęcać się dla przyjaciela…

Gdyż wrócił Moryc!
Od teraz będzie szył pod pseudonimem Morris Bloom. Krawiec prosto z Anglii :) Trzymam kciuki za rozwój tego wątku.

Bodo zadebiutował w filmie. Dla ciekawych: Produkcja pt.”Rywale” nie przetrwała (za filmpolski.pl).
Zakończył się też pewien etap w jego karierze. Został wyrzucony z Qui Pro Quo.

Szkoda, że odcinki Bodo nie mają ciekawego i trzymającego w napięciu zakończenia - takiego, po którym widz zastanawia się co będzie dalej…
Za sporą dawkę muzyki i klimat + powrót krawca
3,5 bobra.