Zacznę od tego, że specjalista od reklamy i promocji tego serialu powinien posiedzieć na “karnym jeżyku” dokładnie tyle czasu ile ma lat ;)
Wszystkie plakaty i zdjęcia pokazywały nam nastoletnie baletnice mocno obrobione w Photoshopie. Poniżej i powyżej przykładowe “fotosy”, które miały nas zachęcić do zobaczenia odcinków. Wcale się nie dziwię, że oglądalność Bunheads jest kiepska i serial na razie nie ma co liczyć na kolejny sezon.
Po trzecim odcinku uważam, że serial ma potencjał, a dwie, główne postacie są rewelacyjne.
I to z pewnością nie jest serial o baletnicach!

Chociaż czołówka zapowiada nam balet i układy nastoletnich niewiast, to w serialu chodzi o znacznie starsze kobiety.
Główna bohaterka Michelle (Sutton Foster) zmordowana pracą w Las Vegas (nota bene jako tancerka rewiowa) ma upierdliwego adoratora. Adorator przeciętnie urodziwy, jednak jest… i codziennie obsypuje ją prezentami. W dniu jej wielkiego niepowodzenia proponuje jej mieszkanie z widokiem na morze, życie w luksusie i spokoju, w miasteczku o nazwie “Raj”. Zapomniał dodać, że mieszka z mamą - cudowna Kelly Bishop jako Funny.
I tak Michelle zjawia się w małym miasteczku z mężem, który ma ochotę dać jej gwiazdkę z nieba + podróże, samodzielność i setki innych atrakcji.

Jeśli myślicie, że wyjawię Wam jej dalsze losy to zdecydowanie jesteście w błędzie. Końcówka każdego odcinka to kolejne WOW i zupełny zwrot losów głównej bohaterki. Widać, że scenarzyści nie boją się kontrowersyjnych rozwiązań.
Świetne dialogi, cudowni ludzie z małego miasteczka (polecam szeryfa). Baletnice w tle (a tego się powiem szczerze obawiałam najbardziej).

Owszem to rozrywka na letnie miesiące ale warta uwagi. I ja zdecydowanie polecam.

Bunheads śmiało po trzech odcinkach - 3,5 bobra. A momentami nawet 4.

Tutaj te okrutne plakaty.