Nie wiem dlaczego nie napisałam tego wcześniej - właśnie takiego Pawła Małaszyńskiego lubię. Rozrabiakę, z zawadiackim uśmiechem, który wiecznie się wygłupia. Po czterech odcinkach nie wyobrażam sobie nikogo innego w roli Maxa.
Ale przejdźmy do szybkiego podsumowania epizodu.

Toruń przepiękny. Z odcinka na odcinek miasto nabiera kolorów i cieszę się, że pokazują coraz więcej plenerów. Miasto kojarzy się z piernikami i pewną dużą rozgłośnią radiową ;) Serial powoli odkrywa coraz więcej atrakcji tego uroczego miejsca. I tak trzymać.

Tradycyjnie dwa główne przypadki medyczne, jednak tym razem więcej czasu poświęcono personelowi. Świetna relacja dyrektor szpitala i Leona, widać, że znają się i przyjaźnią od bardzo dawna.
Trochę niespotykana w normalnych placówkach medycznych reakcja Elżbiety na poczynania ordynatora ginekologii. Krótka rozmowa, która kończy się wypowiedzeniem + powołanie na jego stanowisko młodego lekarza.
Trochę “science fiction” ale miło zobaczyć chociażby na ekranie telewizora sprawiedliwą decyzję.

Szkoda, że nie dowiedzieliśmy się, jak zakończyła się sprawa chłopaka, który uczy się w Seminarium - ale najprawdopodobniej nie zmienił decyzji. Trochę niedokończony wątek bez happy-endu.

Alicja kupiła swój pierwszy mebel i stała się ofiarą plotek Ordy. Nota bene, co za niesympatyczny typ - donosiciel i intrygant. Ale w każdym serialu musi być postać negatywna, w Lekarzach bez tego pana byłoby zbyt cukierkowo.

Relacja Alicji i Maxa. Momentami bardzo ciekawa, puszczanie oczka podczas operacji (kiedy zauważył jej błąd) i późniejsze rozmowy na plus. Jednak taniec w szpitalnym ogrodzie bardzo nienaturalny i wciśnięty jakby na siłę.

Mój ulubiony bohater na dzisiaj - Ordynator Leon.

Odcinek mnie nie zachwycił. Ale tradycyjnie za operację dokładam 1 bobra :)

3 bobry.