Nie jest to serial mojego “pierwszego wyboru”. Drugiego też nie.
Wczoraj nadrobiłam odcinki, ale nie mogę obiecać, że będę oglądać dalej.
Historia zupełnie mnie nie porwała.
Co ja mówię porwała! Ona nawet mnie lekko nie ruszyła ;)

Nie mam w głowie żadnego wątku, któremu w jakiś sposób kibicuję.
Nie przepadam za bohaterami (może poza babcią i serdeczną gosposią).

Dziewczęta starzeją się na naszych oczach w zaskakującym tempie, ale ich los jest mi co najmniej obojętny.
Jedynie Lala przeżywa jakąś metamorfozę wewnętrzną - wskutek romansu i narodzin nieślubnego dziecka.
Zamknięta grupka wiecznie zamartwia się problemami gazety. Jak nie sprzedaż, to konkurencja. Albo autor - szowinista.

Gdzieś w tle trwa wojna, a widzowie dostają strzępki kolejnych lokacji, które nijak nie interesują.

Chwaliłam dbałość o szczegóły, charakteryzację, czy scenografię. I to się nie zmienia. Tylko ładny obrazek to zdecydowanie za mało. Serial po prostu nie ma ciekawego scenariusza.

Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest gniot totalny, którego oglądanie boli i żenuje. ALE!
“Drogi wolności” są pompatyczne, przegadane i przede wszystkim nudne.

Szkoda. Widać, że były pieniądze i potencjał. Ludzie napracowali się tworząc okolice i “postarzając” miejsca.
Zabrakło treści.
Już nawet nie porównuje do Downton Abbey, czy innych Peaky Blinders. Nie ta liga.

Do oglądnięcia przy tak zwanej “okazji”.
1,99 bobra po sześciu odcinkach.