„Dzieci to dzieci, a my to my” – po odcinku 11

Kolejny odcinek prapremierowy już za nami.
Ocena poniżej.

Widzieliśmy dzień z życia Fryderyka, jego rodziny i przyjaciół. I mam wrażenie, że to właśnie w tym tkwi błąd „Samej słodyczy”. Serial ma atmosferę – Klanu, gdzie analizowanie dnia poprzedniego, w najdrobniejszych szczegółach zajmuje większość odcinka, u bohaterów wieje nudą, a widzowie oglądają ich poczynania od śniadania do kolacji.

Patrycja była „gwiazdą” odcinka – oczywiście w negatywnym sensie. Dzisiaj zauważyłam, że jej postać może cierpieć na chorobę psychiczną! Bo kto zachowuje się w ten sposób?
Przecież żadna normalna, wykształcona kobieta kilkakrotnie obrażana, odrzucana, poniżana nie pozwoli na podobne traktowanie. Ok, może się zakochała, zauroczyła – ale ile można znieść przykrości ze strony „ukochanego”?
Dzisiaj po raz kolejny została potraktowana ostro, wręcz przepędzona przez Fryderyka. I co? Nico.
Wieczorem jak gdyby nigdy nic pojawiła się w jego mieszkaniu z prezentem – rowerkiem dla Stasia.
To nie jest chore?
Tym bardziej, że starając się zdobyć jego serce opowiada o rzekomej wspólnej nocy, która nigdy nie miała miejsca. Co dalej? Udawana ciąża?

Gosia zakochała się w swoim agencie ale nie odważyła się o tym powiedzieć Wiktorowi. Na horyzoncie zjawiła się szalona Dżanet.

Fryderyk w końcu porozmawiał z Marianką i możliwe, że będą kiedyś dobrymi przyjaciółmi. Przy okazji widać, że dziewczyna bardzo łatwo ulega innym – rano go nienawidziła, a po opiniach Osy i Sylwii diametralnie zmienia zdanie – przeprasza i dziękuje za „akcję” z poprzedniego wieczoru.
Na plus Sylwia, która daje dziewczynie wizytówkę i umawia spotkanie z prawnikiem – w końcu ktoś zachował się przyzwoicie, a nie tylko nęcił opowiadaniami o pomocy prawnej.

Uroczy związek „starszaków” przeżył dzisiaj pierwszą, poważną kłótnię – o nic. Bo matka uważa swoją „Słodycz” za ideał i nie da sobie nawet opowiedzieć o wydarzeniach z poprzedniego wieczoru. Przecież Benedykt nie powiedział nic takiego, co mogłoby ją zdenerwować!
Wątek wciśnięty naprawdę na siłę tylko po to aby para spotkała się przy budowanym podjeździe.

Nadal przeciętnie, a w w zasadzie za sprawą Patrycji słabo. Zostały jeszcze dwa odcinki. Nie mam złudzeń co do gwałtownej poprawy jakości serialu, ale jak już spędziłam 11 tygodni, to czas skończyć 😉
2 bobry.

6 odpowiedzi do “„Dzieci to dzieci, a my to my” – po odcinku 11”

  1. To się nazywa adminie obowiązek redakcyjny.
    A serial chaotyczny i bez sensu,oprócz Hycnara i Damięckiego,Adamczyk i Kalska mają świetną chemię ekranową.

  2. Miałem tym razem nie komentować, bo po co? Szkoda na to wszystko aktorskiego zacięcia Hycnara, Adamczyka, Damięckiego, Kalskiej, Stelmaszyka, Sienkiewicz. O chorobie psychicznej „uroczej” Patti, która w dodatku czesze się zamiast cieszyć(wymowa aktorki), pomyślałem sobie po poprzednim odcinku, ale, powiedzmy, jej ułomność złożyłem na karb serialowej grubej kreski. Chaos scenariusza i ,niech będzie, klanowe analizy rozkładu dnia bohaterów może i obroniłyby się, gdyby nie duże, mizernie zagrane role, które definitywnie kładą SS na łopatki…

  3. Tak sobie myślę, że w dobie głosowania widzów na wszystko i wszystkich, producenci mogliby pokusić się o nakręcenie paru scen nowego serialu z różną obsadą, a widzowie wybraliby najlepszych – ich zdaniem – aktorów 😀
    Taki casting z widzami w jury 😀

  4. A co do odcinka, to – w czasach szkoły podstawowej – zdażyło mi się obejrzeć kilka telenowel i w najgorszej z nich najgorsze zołzy grały lepiej niż Partycja.
    Aż się dziwię, że Frycek nie poleciał jeszcze tekstem Hochwandera z `Misia`: „Zaraz odwiozą mnie do Tworek…”

  5. Trochę na własne życzenie Fryderyk nie może się uwolnić od tej baby, nie zabrał od niej kluczy( albo niech zmieni zamki). A po za tym chyba Fryderyk powinien podjąć jakieś radykalne srodki i wyrzucić ją z pracy, w szkółce i na uczelni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *