Tyle goryczy wylałam, tyle żalu wyszło spod moich palców podczas ostatnich sezonów, a jednak oglądając trzynasty odcinek porządnie się wzruszyłam.
I zrobiło mi się przykro, że po raz ostatni spotykam się z bohaterami “Przepisu na życie”… Jednak logika podpowiada - wystarczy. To nie był dobry sezon i naprawdę najwyższa pora się definitywnie rozstać.

Tym razem było naprawdę miło.
Przyjęcie dla Zuzy wypaliło. Dziewczyna doceniła gest, jednak ostatecznie pozostała nieugięta w sprawie restauracji. Dopiero plan Michała sprawił, że córka pokazała swoje prawdziwe oblicze. W szpitalu, po pozorowanym zawale wyznała, że zawsze tęskniła za ojcem i jest zazdrosna o jego “nową rodzinę”.
Było to oczywiście ckliwe i banalne - ale cieszę się, że w ciągu kilku, pierwszych minut Anka odzyskała “Przepis” i zakończono ten nudny wątek ;)

Zupełnie niepotrzebnie po raz kolejny pojawił się wątek chóru (Beatka w lateksowej miniówce, uwodząca Żabcię była zdecydowanie ciekawsza). Na jaw wyszedł wątek zdrady Andrzeja. Mężczyzna cierpiał na kanapie u Anki, słuchając planu Jerzego. Beatka rozpaczała u Poli.
Niecodzienna sytuacja: były mąż szuka pocieszenia u faceta byłej żony, z którą niedawno zdradził swoją obecną małżonkę - telenowela pełną gębą ;) Takie rzeczy tylko w “Przepisie na życie”.
Ostatecznie dowiedzieliśmy się, że plan Knappe wypalił. “Żabcie” spotkały się w połowie mostu i postanowiły ponownie rozpocząć nowe życie.
Ten wątek był tak nienaturalny, że aż bolało. Nie ma w całej Warszawie miejsca aby Andrzejek mógł napić się wódki i wypłakać? Ale zakończyło się romantycznie i niech tak zostanie ;)

Pola pisze bloga i zamyka wszystkie historie szykując się do porodu. Bardzo ładne scenki z ciekawą narracją.

U pary głównych bohaterów prawdziwa sielanka. Anka i Jerzy wyznają sobie uczucia, spacerują, wspólnie gotują, robią sobie tatuaż aby w ostatniej scenie, w końcu powiedzieć sobie “Tak”.
Na ślubie pojawili się członkowie rodzin i przyjaciele, którzy od zawsze ich wspierali. Nie zauważyłam jednak ani Andrzejka ani Beatki (trochę to dziwne, mając w pamięci między innymi w/w scenę pocieszania), Grubej i jeszcze kilku osób.

Wszystko zakończyło się bardzo ładnie, z miłą muzyką w tle.
Oczywiście mogę się czepiać, wyliczać błędy, braki, banalne wątki, pożegnania i powroty…
Ale już nie będę.

Pożegnajmy się z “Przepisem na życie” miło i romantycznie, tak jak to zrobili bohaterowie. Zostawmy w pamięci dobre sceny, bo przecież kiedyś to był jeden z najlepszych seriali w Polsce.
Dziękuję wszystkim, którzy wraz ze mną dotrwali do tej chwili :D
I proponuję aby każdy przyznał finałowi tyle bobrów, na ile ma ochotę.