To nie jest serial, na który wyczekuję z wielkim utęsknieniem.
Pomimo postaci Pana reżysera nigdy nawet nie odważę się porównać “Dziewczyn” do kultowego już “Ranczo”.
Uważam jednak, że w natłoku bardzo ambitnych i drogich produkcji sensacyjnych, przyda się w jesiennej ramówce coś leciutkiego i idealnego do prasowania.
Bo “Dziewczyny ze Lwowa” właśnie takie są.

Opowiastka snuje się dalej, a bohaterki coraz lepiej radzą sobie w życiu i polskiej rzeczywistości.
Przede wszystkim nie muszą już sprzątać, aby zarobić na utrzymanie, znalazły miłość (prawie wszystkie) i nadal wdają się w mniej, lub bardziej humorystyczne sytuacje.

Jestem po dwóch odcinkach i doceniam postać Pana Henia granego przez Mariana Dziędziela. Bohater przebrnął przez urzędnicze drabinki zakładania działalności gospodarczej, co też przypłacił zdrowiem. Obecnie robi “Show” w szpitalnej pościeli, ale na uwagę najbardziej zasługują momenty tłumaczenia się z dotychczasowego przebiegu kariery w ZUSie.

Nadal lubię Polinę. Kobieta jest menadżerem restauracji i ma zapędy iście dyktatorskie. Jest wątek mafii, która pomoże, jak uczciwie się nie da, a na deser wielka miłość i policjant.

Olya i kolejne podchody teściowej już nie robią na mnie wrażenia. Odrobinę odgrzewany kotlet i to w podwójnej panierce ;)
Swieta się pląta w kadrze, podobnie jak Uliana, której nieobecność wytłumaczono muzycznymi wojażami.

Nie ma Nowackiej (jeszcze). Dorota Segda jest obecna telefonicznie, aczkolwiek nie mam nic przeciwko zacieśnianiu więzi w relacjach syn-ojciec.

Powiem jedno i tutaj Was wszystkich zaskoczę. “Dziewczyny ze Lwowa” są produktem luksusowym w porównaniu z premierą “W rytmie serca”. Czegoś tak złego już dawno nie widziałam, a Hit Polsatu mimo wszystko aspiruje do bycia czymś więcej niż “umilaczem” skrobania ziemniaków ;)

Za wątek Pana Henia dokładam bobra i po dwóch odcinkach oceniam na 3,5.
Serial nie jest wybitny, ale nie jest też okrutnym paździerzem.
Oglądam dalej.