Owego czasu namawiałam Was do rozpoczęcia przygody z produkcją MTV pt.” Finding Carter”. Bo sam pomysł był bardzo ciekawy i szybko wkręciłam się w bohaterów i tytuł.
Czas na podsumowanie połowy sezonu nr 2.
Spoilery.

Niepokorna 16-latka ma konflikt z prawem i jednego dnia całe jej poukładane życie wywraca się do góry nogami. Okazuje się, że jako mała dziewczynka została porwana przez kobietę, którą traktowała dotychczas jak matkę.
Nowa/Prawowita rodzina, konflikty, rozmowy - serial dla nastolatków na całkiem przyzwoitym poziomie.

Jestem po letnim finale drugiego sezonu. I naprawdę mimo zaskoczenia w ostatniej minucie muszę przyznać, że mocno się wynudziłam.

Okazało się, że stacja postanowiła zamówić dodatkowe odcinki. W sumie zamiast dwunastu - będzie ich aż 24! (data powrotu nie jest jeszcze znana).
Ewidentnie widać, że to przedłużenie nie miało dobrego wpływu na serial. Akcja zupełnie się rozwodniła, a ilość ciekawych scen można policzyć na palcach jednej ręki.

Rodzice rozstali się, znaleźli nowych partnerów, aby w finale do siebie wrócić. Dzieciaki miotają się, w zasadzie pokazując widowni całą gamę przeróżnie modyfikowanych zbolałych min.
Taylor pod tym względem pobiła wszystkich. Naprawdę jej poza męczennicy - męczy ;)

Ilość nudnych i zupełnie niepotrzebnych wątków - zapychaczy - irytująca (rodzice Bird, seks Carter i Maxa, wyprawy, spotkania z dziadkami i Lori).

Na plus początek i koniec sezonu. Wiadomość o tym, że uznana za psychopatkę matka Carter miała romans z Davidem i jest dawczynią jajeczek - Wow.
Scena w sądzie i pojawienie się syna Lori i męża Elizabeth - Wow.

Szkoda, że te informacje nie zostały skondensowane, a druga seria jest tak okrutnie rozwleczona.
O ocenę pokuszę się po całości.
Na chwilę obecną 2,5 bobra (za początek i koniec).

I tak sobie myślę, że nie warto ulegać naciskom stacji i czasami trzeba postawić na swoim. 12 odcinków na sezon w zupełności wystarczy.