Nowy serial Netflixa połknęłam w dwa dni.
Oglądało się szybko, bowiem odcinki mają na ogół 30 minut.
Na początku odpowiem Wam na pytanie: Czy wrestling to udawane walki? (bo kiedyś jako młodsza Aga nie byłam co do tego przekonana…
Tak, a i owszem. Jak najbardziej :)

Bijatyki wyglądają spektakularnie i brutalnie. Ale to są właśnie miesiące, a nawet lata ćwiczeń, i nauki wyuczonych gestów.

Fani sportu będą mieli do powiedzenia więcej. Ja skupię się na innych warstwach.

Oczywiście za wiele Wam nie zdradzę, bowiem akurat ten produkt możecie śmiało zobaczyć.

Wiecie, że GLOW jest oparte na faktach. W latach 80-tych postanowiono utworzyć Ligę kobiet, które walczyły na specjalnym ringu. I poza walką ważna była historia, wprowadzenie, a nawet muzyka - w zasadzie dzisiaj jest podobnie.
Stereotypy kłują w oczy. Ale tak właśnie miało być. Dziewczyna z Kambodży jest “chińskim ciasteczkiem z wróżbą”, a Afroamerykanka… Nie no! Miałam nie psuć przyjemności!

Poza codziennymi ćwiczeniami, problemami z Show, poznajemy prywatne życie głównych bohaterek. I tutaj zabrakło mi rozwinięcia większości wątków. Bo dziewczyny są REWELACYJNE!
Może zamiast półgodzinnych odcinków warto byłoby zrobić tradycyjne 40-minutowe?

Kilka wątków jest mocno przegadanych, czy też bardzo banalnie zakończonych.
Nie mam efektu WOW. Nie czuję, że ten serial w jakikolwiek sposób wpłynie na moje życie, czy zmieści się do rankingu Top 10.

Ale jako produkt wakacyjny, obyczajowy i pokazujący nam charakterystykę wielobarwnych kobiet sprawdza się w 100%.
Po finale (gdzie dwukrotnie uroniłam łezkę) daję 3,99 bobra.
I polecam.