Po ostatnim epizodzie, który miał premierę w Polsce w poniedziałek zupełnie zmieniłam zdanie o serialu. To najlepszy odcinek sezonu, który przywrócił mi wiarę w George R. R. Martina i w serial, który doskonale pamiętam po pierwszej serii.
Od razu na wstępie zaznaczam - Po emisji serialu rok temu pożyczyłam książkę, przeczytałam i zastanawiałam się, czy nie sięgnąć po drugi tom. Zdecydowałam jednak, że będę bardziej zaskoczona i obiektywna w recenzjach, jeśli moje zdanie będzie oparte tylko na telewizyjnym show.

Głupia byłam i tyle.

O ile w pierwszym sezonie książka tylko uzupełniła mi smaczki związane z serialem (scenariusz był bardzo dobrze powiązany z powieścią), to już w drugiej serii przez dłuższy czas musiałam poważnie zastanawiać się kto jest kim i dlaczego ta akurat postać pojawia się w scenie. Przyznaje się. Pogubiłam się w bohaterach i ich wątkach, naprawdę nie wiem dlaczego ktoś przeżył, mimo, iż przegrał wielką bitwę (i np. obecnie przydusza czerwonowłosą kapłankę). Za dużo nowych postaci. Może w książce znajdą się logiczne wyjaśnienia dla całej kompanii nowych bohaterów. Co ja piszę. Z pewnością w książce jest to logicznie i sprawnie wyjaśnione.

Mój błąd.

Już nie będę czekać na nowe odcinki, które pojawią się za rok. Przeczytam książki i będę należeć do grupy, która na każdym portalu krzyczy: “To nie było tak!”, “To jest bez sensu”, “Nie tak to sobie wyobrażałem/am”.

Tym bardziej, że jak widać po ostatnim odcinku saga i wyobraźnia pisarza nie ma granic. Każda scena, każdy detal, każdy dialog był genialny. WOW powiedziałam kilkanaście razy.
Nie będę rzucać przykładami, bo jest ich za dużo. A Ci, co przeczytali powieść i tak mnie wyśmieją i powiedzą, że jeszcze najlepsze przede mną, lub żebym się nie przyzwyczajała do ulubionej postaci - prawda?
Szukanie w google.pl też na razie odpuszczam. Przy każdym kolejnym nazwisku i tak czekają mnie spoilery. I za każdym razem niestety dowiaduje się za dużo.

Gra o Tron jako cały sezon przeciętnie. Finał zdecydowanie na 5 bobrów. Ale Kochani. Czas przeczytać co George R.R. Martin miał na myśli. Jutro zaczynam.