Nie ukrywam, że jedenasty sezon “Chirurgów” wlecze się niemiłosiernie. Wątki nużą, nowi bohaterowie w zasadzie w ogóle nie istnieją, a starsi (stażem w produkcji) poukrywali się po kątach i tęsknią za Cristiną.
Dopiero po jedenastym odcinku (magia cyfr?) przypomniałam sobie dlaczego tak bardzo polubiłam ten serial i lekarzy z Seatle.

W zasadzie cały odcinek opowiadał o wierze i nadziei, które sprawiają, że cuda się zdarzają.

Postrzelona przez męża kobieta, która dopiero na sali operacyjnej dowiedziała się, że jest w ciąży i właśnie zaczyna rodzić - przetrwała trudy operacji.
Ten wątek idealnie pokazał niedowiarkom, że do końca trzeba liczyć na łaskę kogoś większego i ważniejszego niż grupa chirurgów.
Podobnie w przypadku niewidomego człowieka, który zgłosił się do szpitala z dużym guzem mózgu.

Ale żeby nie było bardzo pompatycznie i religijnie to cudu u April i Jacksona nie było.
Para przez cały epizod żegnała się z nienarodzonym dzieckiem - podobnie jak personel szpitalny, który w bardzo symboliczny sposób zapalał świeczki w kaplicy.
Synek zmarł kilka chwil po porodzie w ramionach matki…

Wzruszający odcinek o ważnych i mniej istotnych sprawach, które zdarzają się w życiu przeciętnych ludzi.

Na duży plus - po raz pierwszy - Maggie. Nieproszona kobieta sama zaproponowała opiekę nad dzieciakami siostry, aby ta mogła jechać do Waszyngtonu.

Jackson, April, cud narodzin. Śmierć.
Być może to nie był jeden z najlepszych odcinków Chirurgów, które było nam dane oglądać. Ale moim zdaniem to odcinek, który po długim czasie przywrócił sens w istnienie serialu i moc scenariusza Shondy.

4 bobry.
Myślę, że to sprawiedliwa ocena, w porównaniu do innych epizodów.