Z opinią o tym serialu wstrzymywałam się po falstarcie z “Traffic Light”, który po pierwszym odcinku dramatycznie obniżył loty. Happy Endings po pięciu odcinkach nadal utrzymuje równy poziom i rewelacyjną grę aktorską. Po pierwsze jest to serial komediowy bez podkładanego śmiechu (który niekiedy irytuje). Głównych bohaterów jest sześciu - 3 kobiety i trzech mężczyzn. Jane - jedna z bohaterek w wolnym czasie lubi zabawić się w segregowanie towarów w marketach i robi serwetki - czym przypomina Monikę z Przyjaciół. Ale na tym porównania się nie kończą.

Serial rozpoczyna się ślubem głównych bohaterów, z którego ucieka panna młoda (podobnie jak Rachel), która zrozumiała, że jej narzeczony nie stara się o ich związek. Porzucony Dave nie może pozbierać się po “ślubie”, który został umieszczony na youtubie. Jednak od czego ma się przyjaciół?

I tak krok po kroku poznajemy barwne postacie. Poza Davem i Alex, którzy postanawiają zostać przyjaciółmi do paczki należy małżeństwo: Jane i Brad. On jest murzynem, więc aby było w pełni “poprawnie politycznie” dołożono geja - o imieniu Max.
Max zachowuje się jak heteroseksualny mężczyzna, tylko woli facetów, nad czym ubolewa ostatnia bohaterka - Penny, która zawsze chciała mieć “prawdziwego” przyjaciela geja, z którym chodziłaby na zakupy. Ale jej marzenie ma wkrótce się spełnić ;)

Dobrze napisane dialogi, świetnie obsadzeni bohaterowie gwarantuje 20-minutową rozrywkę na wysokim poziomie.
Zdecydowanie 4 bobry. Serial mimo słabych wyników oglądalności dostał drugi sezon, bo został dobrze odebrany przez widzów. Fanów serialu przybywa. Mam nadzieję, że do nich dołączycie - Zdecydowanie polecam :)