Jeśli gawiedź martwiła się o starego, dobrego House’a, który w pierwszym odcinku nie opuścił mieszkania na czas zalotów, teraz z pewnością pluje sobie w brodę.
Bo Gregory powrócił - w rewelacyjnej formie, to co brałam za pewnik podczas zwiastunów jednak zostało wkomponowane w inne sceny, nikt nie mógł się poczuć oszukany lub zawiedziony. Bo za co my kochamy tego całego doktorka?

No właśnie za jego cynizm, nieszablonowe podejście do sprawy i pyskowanie przełożonym.
I to dalej jest!
Odcinek od początku do końca żyje sprawami szpitala, Cuddy zgłasza ich związek w kadrach, przy czym House daje popis swoich możliwości. Ujęła mnie jednak scena wcześniej, kiedy Cuddy łapie za krocze ukochanego aby udowodnić Willsonowi, że naprawdę są parą.

Świetni aktorzy drugoplanowi, a na specjalne wyróżnienie zasługuje duet ojciec - syn, z tym, że ojciec ma 102 lata, a syn 22 mniej.

House i Cuddy dopiero się docierają, zobaczymy więc jak godzą pracę zawodową z życiem prywatnym i jak mocno potulny może być doktorek.
Rozbawiły mnie dwie sceny - Pierwsza, kiedy Willson podejrzewa przyjaciela o to, że został pantoflarzem i je sałatki, chociaż nigdy wcześniej tego nie robił. Przed House’m ląduje spora porcja frytek, a sałatka okazuje się należeć do poprzedniego klienta. I ta mina Wilsona :)
Było więcej wątków komediowych ale ja jako drugi wyróżnię rozmowę Huddy - o tym, że nikt nie chce być zwierzchnikiem Gregorego, a dwóch ordynatorów postawionych przed wyborem zdecydowało się odejść ze szpitala.

To prawdziwy powrót serialu. Ale nadal uważam, że pierwszy odcinek był nam bardzo potrzebny. Teraz już powoli zaczynamy rozumieć, dlaczego ten związek ma sens i dlaczego House tak mocno się zakochał.
Aha. I dlaczego Cuddy uśmiecha się, kiedy słyszy od ukochanego, że ma naprawdę wielki zad.

fot.community.livejournal.com