Niestety nie mogę nadal powiedzieć, że wrócił stary, dobry House. Ostatnie odcinki mimo regularnych zapowiedzi “najlepszy”, “najbardziej dramatyczny”, “House jakiego nie znacie” są w zasadzie słabe. Chodzi mi o medyczne przypadki. Chociaż w sferze prywatnej też nie ma żadnych rewelacji.
Gregory ma dobre momenty kiedy opiekuje się córeczką Cuddy i znęca się nad swoimi pracownikami. Lubię też jego potyczki z Wilsonem. Tego ostatniego w dwunastym odcinku nie brakowało.
A czego zabrakło?

Przypadek nudny. Schematyczny ale do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Pierwsza próba leczenia bezskuteczna, ostatnie minuty czas na oświecenie i prawidłową diagnozę. Kobieta z rewelacyjną pamięcią musi podjąć decyzję czy stracić swój dar, czy bliskich.
Ale takich odcinków było już kilka.

Cuddy pojawiła się w dosłownie trzech scenach. A Gregory uwziął się na Wilsona, który przygarnął kota. Kot z cukrzycą, Wilson nie ma kobiety. House ma kobietę i jest szczęśliwy - to w zasadzie podsumowanie całego wątku.
Jedną z lepszych scen było zamówienie w barze szampana dla wszystkich i wyjście po zobaczeniu euforii ludzi. Podkładanie myszy i rośliny, na którą jest uczulony przyjaciel też daje radę, ale takie zagrywki już widzieliśmy w poprzednich sezonach i to w lepszym wydaniu.

Taub i Foreman zamieszkali razem, przy okazji tego wątku złamali prawo. Tutaj widzę nadzieję, chociaż za oboma Panami nieszczególnie przepadam. Może ta relacja się rozwinie. Chase był tylko tłem do innych wydarzeń, podobnie jak Martha, która miała za zadanie skłócić dwie siostry.

Ogólnie. Odcinek wlókł się niemiłosiernie. House przyklapnięty, Wilson wyglądał jakby mu się chciało spać.
2 bobry na Housa w Housie.