Zapowiedzi było wiele, a filmiki pokazywały nam House’a jako Pana domu, członka gangu czy ojca Rachel a’la wujek Charlie. Sceny pojawiły się w odcinku i były naprawdę dobre. A śpiew Hugh mnie nie przeraził, a wręcz przeciwnie. Ale czy to był najlepszy odcinek w historii serialu? Zdecydowanie nie.

O wiele bardziej podobał mi się epizod “Dwie historie”, w którym Gregory zawitał do szkoły (jeśli chodzi o siódmą serię, bo dobrych odcinków serialu było dużo więcej).

Cuddy jest chora i podejrzewają ją o raka. Z przerzutami. Jej mężczyzna nie ma zamiaru jej odwiedzić i zwyczajowo potrzymać za rękę. Kobieta ma sny i wizje z ulubionych seriali i filmów, w których identyfikuje się z bohaterami. I za każdym razem wie, że zostanie sama na placu boju. A jak już jest idealnie, to zdaje sobie sprawę, że to iluzja.
W końcu House przychodzi. Rzuca żartami i wspiera ukochaną. Cuddy po badaniach wie, że jest zdrowa ale coś nie daje jej spokoju.

I już wiemy wszystko. House po raz kolejny postanowił zagłuszać ból. Starym sposobem - czyli łyka Vicodin. Cuddy zrywa związek. A doktor znowu bierze tabletki.
Historia zatoczyła koło. Po odwykach, miłosnej historii House znowu stał się samotnym narkomanem.

W tym odcinku było też tło. Dzieciak, który miał depresję i konstruował bomby. Pojawiły się też znane z pierwszych serii animowane wstawki o działaniu ludzkich organów. Ale i tak akcja skupiła się na chorobie Cuddy i Housie, który nie radził sobie z wizją śmierci ukochanej kobiety.

Odcinek nie był zły. Ale nie był tak dobry, jak brzmiały zapowiedzi. A najlepszym ze snów były wizje House’a, który za pomocą laskosiekiery rozwalał zombie ;)
I mamy - zapowiadane wcześniej rozstanie w serialu, którego nikt się nie spodziewał.

3 bobry.

fot.fanpop.com