Wiemy, że to ostatni sezon HIMYM i już “niebawem” dowiemy się jak Ted poznał tytułową matkę swoich dzieci.
Niestety po czterech odcinkach nic nie wskazuje na to aby serial godnie pożegnał się ze swoimi fanami.

W pierwszym odcinku Lily poznała matkę. W kolejnych epizodach “gang” bawi się (a raczej dusi) we własnym sosie. I niestety nie dzieje się nic ciekawego.
Ted nie może uporać się ze swoimi uczuciami w stosunku do Robin, Lily pije (irytuje mnie “thanks Linus”, które pojawia się w każdym odcinku od kilku do kilkunastu razy), a Marshall stara się dotrzeć na wesele wypożyczonym samochodem.

Scenki z udziałem Robin i Barneya słabiutkie. W trzecim odcinku narzeczeni uciekali przed starszymi krewnymi, których porównano do zombie - nie mam pojęcia czy kogoś to rozśmieszyło…

Marshall - poduszka czyli gadająca głowa całkowicie skopiowana z Big Bang Theory - Sheldon dużo wcześniej budował swojego robota i kontaktował się online z przyjaciółmi.
Zastanawiam się również jak mężczyzna, który doradza, gra w pokera, bawi się i opala radzi sobie jednocześnie z opieką nad dzieckiem, jazdą samochodem i kibicowaniu ukochanej drużynie.

Mam wrażenie, że pomysł aby ostatni sezon był w całości oparty na weekendzie weselnym nie wypalił. Szkoda, że scenarzyści nie skupili się na przyszłości grupy przyjaciół, bo retrospekcje, które się pojawiają są poniżej przeciętnej.

Czytając streszczenia odcinków podejrzewam, że kolejne “przygody” będą na podobnym poziomie :(
Szkoda.