Naprawdę długo odwlekałam rozpoczęcie przygody z “Jane The Virgin”.
W zasadzie podobny schemat oglądaliśmy w “Majce”, o której nie mam najlepszego zdania ;) Dodatkowo plakaty promocyjne były tak nieudane, że spodziewałam się szybkiej kasacji.

A tutaj niespodzianka!
Okazuje się, że CW udało się zrobić bardzo sympatyczny, kolorowy serial, w którym nawet pomyłka cytologii z inseminacją nie sprawia, że patrzenie w ekran po prostu “boli”.

Bardzo krótko aby nie zdradzać szczegółów.
Uwielbiam rodzinę Jane, a rozmowa o kwiatuszku z babcią sprawi, że na pewno każdy z was się uśmiechnie. Siostra Raphaela również na plus. W zasadzie wszystkie postacie są dobrze napisane.

Mnóstwo ciekawych bohaterów drugoplanowych - łącznie z czarnymi charakterami, gdzie przoduje wredna żona, której zależy wyłącznie na majątku.

Świetny narrator, całkiem udane retrospekcje.

Naprawdę nie spodziewałam się, że może być tak dobrze i zupełnie nie dziwię się krytykom, którzy po pilocie polubili ten serial.
Kolorowy, z szybką akcją, o której mogliśmy jedynie marzyć w wenezuelskiej telenoweli „Juana la Virgen” czy polskiej, nieudanej “Majce”.

Główna bohaterka nie ma specjalnie przebojowego charakteru, jednak w przeciwieństwie do jej poprzedniczek nie snuje się po kątach z miną cierpiętnicy, tylko podejmuje przełomowe decyzje, które z pewnością zmienią jej życie.

Szczerze polecam. Nie tylko fanom “Majki” ;)

4 bobry.