Znowu się spłakałam.
Tak okrutnie, serdecznie jak dzieciak.
Wiadro wzruszenia, ale też wielka łyżka żalu - bowiem takich seriali w zasadzie nie ma wcale.

CW zrobiło telenowelę doskonałą, chociaż przyznaję, że bywały momenty nużące i wcale się nie zdziwię, jeśli ktoś odpowie, że “odpadł” w połowie.
Ilość bohaterów, powrotów, zagadek kryminalnych, zapętleń akcji, przypominała “Modę na sukces”. Tylko w przypadku “Jane” to było urocze i bajecznie kolorowe.

Finał był naprawdę idealny.

W zasadzie do końca nie wiedziałam, czy Rafael ostatecznie poślubi Jane, czy przypadkiem “z kapelusza” nie wyskoczy jakiś sympatyk Rose i nie dokona makabrycznego dzieła zagłady.
Na szczęście scenarzyści oszczędzili nam przykrości i wszystko zakończyło się “happy-endem”.

Był autobus z zakupionymi ludźmi, aresztowanie, szybkie przebieranki, rozmowa ojca - z “synem”, a na deser wszystkie etapy Jane - dziewczynki od zawsze marzącej o białej sukni i ślubie z ukochanym.
Przemowa Petry i czytanie dzieciaków.
Bezzębny Mateo prawie ogłuszył gości, jednak widzowie właśnie dostali odpowiedź na kluczowe pytanie - Kto jest lektorem opowieści? Tak jest! To dorosły syn opowiadał nam życie ukochanej mamy.

Rodzina się rozjedzie, Rogelio zostanie sławnym, amerykańskim aktorem z milionami “like’ów”, a Jane i Rafael będą żyli długo i w wielkim szczęściu.
Szkoda, że już tego nie zobaczymy…

Z drugiej jednak strony to już był ten czas. Czas na dobre zakończenie i zamknięcie historii. Nawet Michael znalazł swoje szczęście i niebawem doczeka się potomka.

Być może mam mały niedosyt z powodu błyskawicznego pozbycia się największego czarnego charakteru. Rose przez lata knuła, niszczyła ludzi, wymyślała setki intryg, aby tak idiotycznie zginąć?
Ewidentnie nikt już nie miał pomysłu na lepszy wątek.
- Ale to nie dotyczy finału.

Ocena może być tylko jedna.
Wraca 5 bobrów i nadzieja, że kolejna stacja doprowadziła swój projekt do końca bez strat w drwalach ;)