Amazon wypuścił trzy nowe seriale komediowe, a widzowie mają głosować na najlepszy - od tego zależy stworzenie całego sezonu (onegdaj podobnie było ze Złotopolskimi ;)

Najwięcej szumu wywołał oczywiście Jean-Claude Van Johnson - z uwago na to, że w roli głównej możemy podziwiać gwiazdę kina akcji i specjalistę od szpagatów - Jean-Claude Van Damme’a.

I znowu mam problem. Może dlatego, że nie jestem facetem?
Serial początkowo zanosił się na autoironiczną opowieść o przebrzmiałej, aczkolwiek rozpuszczonej do granic możliwości primadonnie.
W domu Jean’a w rurach płynie woda kokosowa, a kapcie zdobi monogram wyszywany złotą nicią.
Pomyłka kelnera - hipstera zabawna, podobnie jak wyraz twarzy znużonego gwiazdora i jego nieudane próby powrotu do fizycznej formy.

I gdyby serial nadal tkwił w tym klimacie pokochałabym go miłością wielką - taką jak darzę Matta LeBlanca za rolę w Episodes. Uwielbiam kiedy aktorzy mają mnóstwo poczucia humoru i dystans do tworzonego przez lata wizerunku.

Ale “Jean-Claude Van Johnson” w kilka minut skręcił na ścieżkę parodii. I jako BABA, która nie przepada za wszelkimi filmami typu “Naga broń” mam dokładnie takie same odczucia jak przy “Angie Tribeca”.

Bo wyobraźcie sobie, że Van Damme poza graniem w filmach od lat działał jako tajny agent od zadań specjalnych.
Po kilkunastu minutach odcinka widzimy już popisowe walki, wcześniej wspomniane szpagaty i triki karate (mimo, że chwilę wcześniej aktor ledwo odbijał worek treningowy).
Dla fanów Jeana i filmów, w których jeden człowiek bez większego problemu pokonuje bandę - jak najbardziej.
Ja odpuszczam, mimo, że początek był rewelacyjny.

Doceniam film kręcony w Bułgarii i scenariusz, który pokazał Domek na Prerii z zakochanymi (Tomek Sawyer i Huckleberry Finn w nowej odsłonie) - dlatego lekko podnoszę ocenę.

To nie moja bajka i nie mój klimat.
Zrozumiem jednak, jeśli fani szalonych parodii będą zachwyceni.

2,99 bobra.