W czasach zalewu propozycji komediowych Kevin Can Wait raczej się nie uchowa.
Zerknęłam z uwagi na słabość do Kevina Jamesa i “Diabli nadali”, które oglądam po dzień dzisiejszy. W przypadku tworu z lat 90-tych śmiech z puszki nie razi tak bardzo, tym bardziej, że scenariusz bywa zabawny, a aktorzy drugoplanowi naprawdę się wyróżniali (kto nie pamięta Arthura - teścia z pomysłami ;)
Kevin Can Wait nuży.

Nie uśmiechnęłam się ani razu, chociaż wygłupom nie było końca - ot chociażby wyścigi na gokartach połączone z paintballem.
Boki zrywać.

Kevin przechodzi na policyjną emeryturę i zamierza wraz z kumplami zorganizować sobie mnóstwo atrakcji.
Do domu przyjeżdża córka z chłopakiem, którego tatulek niekoniecznie lubi (toż to szok!). Kiedy latorośl obwieszcza, że rzuca studiowanie prawa aby wspierać lubego - ojciec bardzo się irytuje (co za zwrot akcji!).
W końcu dochodzi do rozmowy dzięki której wszyscy się godzą i planują wspólne mieszkanie.

Już dokładnie wiem w jakim kierunku zmierza “Kevin” i co zaplanowali scenarzyści. Relacje na linii narzeczony - papa, rozmowy z zapracowaną żoną i picie piwa z koleżkami.
To chyba odrobinę za mało jak na rok 2016?

Odpuszczam. Szkoda mi czasu na odgrzewany kotlet.