Niby trzy odcinki, a sześć godzin z życiorysu ;)
Stacja SyFy postawiła na maraton z serialem na podstawie powieści Arthura C. Clarke’a.
Czy warto poświęcić swój czas?

Trudne pytanie.
Chociaż nie jestem wielką wielbicielką gatunku to od dawna przyglądam się wszelakim produkcjom sci-fi, a “Black mirror” uważam za fenomen.

“Koniec dzieciństwa” zaczyna się wspaniale. Nagle nad ziemią pojawia się wielki statek kosmiczny. Przywódca obcych, który początkowo nie chce pokazać swojego oblicza komunikuje się z ludźmi za pomocą przystojnego przedstawiciela z USA (a jakżeby inaczej ;)
Ludzie dostają wszystko. Przede wszystkim kosmici leczą choroby, a ludzie z rakiem opuszczają szpitalne mury. Na ziemi nastaje wspaniały czas - kończą się wojny, Afryka przestaje głodować, ziemianie są szczęśliwi i rodzą zdrowe dzieci.
Druga połowa odcinka to czas oczekiwania na ujawnienie się dobroczyńców. I powiem jest efekt WOW.
Niestety później jest coraz gorzej (nie tylko dla ludzkości).

Ilość poronionych pomysłów zaczyna zatrważać. Ucieczki, rozmowy, które nic nie wnoszą do kolejnych wątków, a przeciągają fabułę, kolejne pomysły bohaterów - zmęczyłam się.
Końca oczywiście Wam nie zdradzę, ale bądźcie pewni, że happy-endu nie będzie.

Koniec dzieciństwa powstał na podstawie książki, więc scenariusza nie mogę ocenić.
Mogę jedynie przyczepić się do gry aktorskiej i kilku naprawdę sztucznych momentów.

Recenzję piszę z jednego powodu.
Po pierwszym odcinku (który trwa 1,5 godziny i tak naprawdę składa się z dwóch epizodów) powiedziałam - Rewelacja. Naprawdę byłam zaintrygowana i nie mogłam doczekać się kolejnych minut.
Jak można z takiego pomysłu zrobić taką dziwną sieczkę szalonych zdarzeń?

“Black mirror” uwielbiam za to, że po finale człowiek jeszcze długo myśli o wydarzeniach, które przed chwilą miały miejsce. Po finale “Koniec dzieciństwa” mam wrażenie, że zmarnowałam sporo czasu.

Ogólnie 2 bobry.