Już po prostu kolokwialnie rzecz ujmując “rzygam” na wszelkie śmieszne komentarze pt.:”Jaki Kraj taka Gra o Tron”.
Korona Królów nigdy nie miała być przedsięwzięciem z milionowym budżetem przeznaczonym na pojedynczy odcinek.
To przecież telenowela codzienna - taka jak Klan, czy Na Wspólnej - tylko osadzona w historycznych czasach.
No i jak to wyszło?

Po pierwszych zdjęciach płakałam ze śmiechu. Te sztuczne futerka, te korony z plastiku… Ostatecznie widać, że wiele pozmieniano.
Niestety - kostiumy to nadal najsłabsza strona serialu.
Przaśne, czyste, uprasowane. Jakość materiałów jest słabiutka, podobnie jak pomysłowość projektantów i krawcowych.
Wspaniałe stulecie lśniło w tej kwestii jak diament, a ja nie mogłam oderwać wzroku od idealnych połączeń i dodatków.
Nie ukrywajmy, że ludzie, którzy zajęli się tym tematem u nas powinni zgłosić “nieprzygotowanie” ;)

Nie ma co oceniać fabuły, czy gry aktorskiej. To były dwa, krótkie odcinki. Umówmy się jednak, że nawet wątek dziecięcy przerósł o głowę duet Feli-Moni, czy rozmowy Michała z Zytą :)

Scen batalistycznych nie ma. Są za to plansze, które przesuwają akcję o kilka lat do przodu. W zasadzie podobnie można potraktować każdą trudną do realizacji sytuację.
Nie mam o to żadnego żalu. Skupmy się na królewskim dworze i relacjach obyczajowo - miłosnych.
Na razie jest konflikt na linii matka - synowa, chory Król, skompromitowana służka i całkiem udana “kuchnia”.
Przy okazji nie będę sobą jeśli Wam nie pokażę wielkiego turnieju rycerskiego. A raczej kolorowego tłumu, który miał obserwować zmagania bohaterów.
Tu się już uśmiałam.

Wstyd trochę co nie?

Dobra. Nie mamy kasy na statystów, ich stroje i podobne głupoty.
To wykreślmy całą scenę i napiszmy inny powód do kłótni młodej “pary”.

Pochwalę światło, dźwięk i dobór muzyki.
Historia jeszcze mnie nie wciągnęła i może być różnie.
Ale daję szansę, zerkam i wyciągam 2,5 bobra.