Tak jak narzekałam na finał Faking It, tak jestem zachwycona sposobem w jaki produkcja “Mike & Molly” pożegnała się z widownią.
Nie znam wielu osób (w swoim towarzystwie), które dotrwały do finału serialu, jednak ja uwielbiam Melissę McCarthy ;)
Kilka słów poniżej.


Było słodko i wzruszająco.

Tytułowe małżeństwo po długim czasie starania o dziecko w końcu postawiło na adopcję.
Wsparcie rodziny genialne - wraz z Joyce, która za nic nie chcę być nazywana babcią.
Jednak to mama Mike’a sprawiła, że widownia się wzruszyła. Peggy zupełnie oszalała na wieść o tym, że jej ukochany synek niebawem będzie tatą.
Niestety nastoletnia Frannie wyjechała wraz z siostrą i nienarodzonym dzieckiem. Tak należało zrobić.

Na ziemi jest sporo dzieci, które potrzebują opieki.
Kolejne wizyty w ośrodku adopcyjnym i pozytywna odpowiedź - Molly niebawem będzie mamą!
Ostatni odcinek skupił się na oczekiwaniu. Cała rodzina zjawiła się w szpitalu czekając na cud narodzin. Dobrze, że nie pokazano nam kobiety, która była zmuszona oddać swoje dziecko - dzięki temu mogliśmy cieszyć się szczęściem małżeństwa.

Trzymając na rękach synka Molly obwieściła rodzinie, że cuda się zdarzają, a ona jest w CIĄŻY.
Czyste szaleństwo i masa wzruszeń.
Finał to zakochani pochyleni nad kołyską, śpiewający tytułową piosenkę:“I See Love”.

Jak dla mnie zakończenie idealne - widziałam miłość :)
5 bobrów.