Dzisiaj w telewizji muzycznej Viva zadebiutował serial pt. “Miłość na bogato”.
Prawie przegapiłam premierę, jednak ciekawość zmobilizowała mnie do nastawienia budzika w telefonie - i oglądałam.
Miałam nadzieję, że to nie będzie kopia “Plotkary” i naprawdę się nie zawiodłam.
Reszta poniżej.

Po pierwsze.
Odcinek “Miłości na bogato” ma 30 minut. W połowie dostajemy reklamy, które trwają zdecydowanie za długo. W zasadzie cały epizod ma około 17 minut (nie liczyłam ze stoperem ale następnym razem to zrobię).

Po drugie
Oglądam wszystkie YCD, “Top model” itp. Zdaję sobie sprawę, że w serialu polskim coraz częściej pojawiają się “naturszczyki” bez szkoły aktorskiej. Ale bez przesady.
Oglądanie boli.
Dałam szansę, chociaż po kilku minutach “Miłość na bogato” mocno zapachniała amatorką. Jeśli jesteście fanami “Trudnych spraw” i “Ukrytej prawdy” to serial skierowany do Was.
Przyjeżdża kuzynka z małego miasta, która chce zostać modelką. Zostawiła chłopaka dla “kariery”. (Przepraszam bardzo ale to nie żadna kobieta sukcesu, tylko gąska, która szuka pracy w Warszawie i nie ma mowy o żadnej karierze).
Wizyta w klubie rozwiała moje wątpliwości. Bohaterki opowiadały o swoim życiu, była jedna “była”, i Candy Girl (poszukajcie na youtubie) i typowe dla takich bogatych ludzi mądrości. Zapisałam jedną. Może przyda Wam się do dalszego funkcjonowania:

“To jest praca. Tak? To jest co innego niż inne rzeczy.”

Po trzecie.
Na deser dowiedziałam się, że to serial “cotygodniowy”.
Po co to Vivie było?  Nie mam pojęcia.

Plusy:
Godzina 19:30 to idealna pora dla tych, którzy nie chcą oglądać różnego rodzaju “Wiadomości”.

Po pierwszym odcinku nie będę wołać bobrów.
Czy nie ma w całej Polsce człowieka, który napisałby dialogi? Co te pseudo-aktorki mają grać?