Finały sezonów mają to do siebie, że zamykają główne wątki lub podrzucają bohatera, temat, wydarzenie, które sprawi, że cierpnie skóra, a my już nie możemy się doczekać kolejnej serii. I nie mówię tutaj tylko o serialach amerykańskich, bo i w Polsce Usta usta, Szpilki na Giewoncie i Hotel 52 wykonały idealne manewry.
Niestety Miłość nad rozlewiskiem zawiodła w tym sensie na całej linii.

O tym, że nad rozlewiskiem odbędą się dwa śluby wiedzieliśmy od dawna. A jeśli ktoś przeoczył informacje w prasie lub Internecie, to pierwsze minuty ostatniego odcinka przygotowały nas do tego wydarzenia.

Kuba marzył o tym, żeby na swojej uroczystości wystąpić “na granatowo”. Niestety wystąpił na szaro. Nie wiem zatem po co kilkakrotnie powtarzał, że będzie cały w granacie.

Ksiądz i organista. Wątek ze ściągnięciem Macieja i nawróceniem się Pani Róży był jednym z najciekawszych. Chór zaśpiewał pod oknem, wzruszony mężczyzna zgodził się na powrót. Nieco podejrzana wydała mi się jednak rozmowa księdza z organistą na weselu: “Mogłeś zadzwonić, ty też mogłeś zadzwonić”, “Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś”. Miałam wrażenie, że to rozmowa kochanków, a nie znajomych ;) Nie mam pojęcia dlaczego scenarzyści napisali taki dialog, włączając w to wyrzuty obu mężczyzn.

Jedynym wątkiem, który miał happy-end był Piernacki i Ewa, która przyjechała nad Rozlewisko w finałowej scenie. Niestety poszukiwania i wizyta w teatrze trwały dłużej niż wszystkie inne rozmowy zakochanych. Niepotrzebne rozciąganie, pracownik teatru recytował, a wątek z odnalezieniem ukochanej trwał kilka sekund.

Już wiemy dlaczego tak bardzo Kuba nas drażni. Opowieść jego mamy o niebywałych atutach synka i jego wszechstronności skrzywiła nie tylko Małgosię. Widać kto miał największy wpływ na wychowanie egoisty. Nadal nie przepadam za tą postacią. Niedojrzały, roztrzepany, bez planów na przyszłość. Może inaczej z kilkoma tysiącami planów na sekundę, bez przemyślenia, bez ogólnej koncepcji. Duży dzieciak. Po co Marysia zgodziła się tak szybko za niego wyjść - nie mam pojęcia.

Paula doświadczyła najmniej romantycznych oświadczyn w historii serialu: “no co wyjdziesz za mnie czy nie?” od Sławka. Ale za tą parę bardziej trzymam kciuki niż za Marysię z Kubą.
Orest cierpiał. Momentami widz myślał, że chce się powiesić w dniu wesela ukochanej.

Najmniej do zagrania miał Janusz. Wrócił do miasta jednak na pytania Małgosi, która wybiegła do niego w wałkach powiedział tylko, że nic ciekawego u niego nie słychać. Na weselu stał na pomoście. Nie rozumiem dlaczego w finałowym odcinku nie pokazano widzom planów, jakichkolwiek znaków, które mogły świadczyć czy para ma jeszcze szansę.

Małgosia głaskała swojego byłego męża po twarzy w ostatnich scenach, a ze swoją miłością nie zamieniła ani słowa.

Kompletnie nie rozumiem dlaczego zostawiono widzów z tak rozbabranym wątkiem. Czy przytulenie z Kondratem świadczyło o tym, że para cieszy się, że wesele się udało i ich córka jest szczęśliwa, czy oni mają się ku sobie?

Chyba najsłabiej zakończone wątki miłosne, którymi żyliśmy przecież przez kilka miesięcy.

Ada po raz kolejny pokazana jako zołza. Tym razem przesadziła. Gdyby Gosia i Marysia zupełnie jej nie akceptowały zrozumiałabym, że kobieta nie chce psuć uroczystości weselnej. Ale przecież ten wątek pokazywał nam coś innego. Marysia zapraszała ją na koncerty, przygotowywała kolacje, a była żona zapraszała w odwiedziny. Dlaczego w tak ważnym dniu Ada postanowiła w połowie drogi, że jednak nie ma zamiaru jechać na ślub córki swojego ukochanego? Która nota bene ją przecież lubi! Nie rozumiem.

“Nie rozumiem” pojawiło się w moich ustach kilka razy podczas oglądania finałowego odcinka. Mało rozmów, niektóre kompletnie “od czapy”. Dlaczego Małgosia w ogóle wybiegła do Janusza jak go zobaczyła w witrynie salonu Elwiry? Ostatnio nie chciała z nim rozmawiać, wyrzuciła go z domu i starała się zapomnieć. Nagle widzi go na ulicy i pędzi na rozmowę. Zero logiki.

Duży plus pomyślałam, kiedy usłyszałam, że Marysia śpiewa w końcu inną piosenkę niż “Cicho sza”. Jednak zęby bolały kiedy widzieliśmy, że nie mieści się w czasie, playback się spóźnia lub ją wyprzedza.

Jedyną postacią, która mi się podobała to Róża, która chciała ze wszystkimi wypić bruderszaft.

Nie wiem czy mogę ale wyrażę się, że finał Miłości na rozlewiskiem został przykładowo “skopany”. Nie tęsknię do żadnego wątku i mam w nosie, czy Małgosia i Janusz będą razem czy nie. Cały odcinek trwały rozmowy o welonie lub kapeluszu, a jednak woalce, a zupełny brak rozmów o przyszłości np. Rysia.  Należy się jeden bóbr.

Bardzo mi przykro. Nawet postacie drugoplanowe, które lubię jak Wrona, Elwira, Kaśka czy Sławek nie miały okazji się wykazać.
Najsłabszy finał tej jesieni. Jak dotychczas. Czekam jeszcze na Tancerzy ;)

Czekam też na komentarz m.in.betyli, którzy czytali powieść Pani Kalicińskiej.

fot.AKPA