Jerzy w Kardamonie przypominał dzisiaj Gordona Ramsay’a, chociaż szczerze trzeba przyznać, że ciasto czekoladowe nie wyglądało apetycznie.
Najlepszym wątkiem moim zdaniem była rozmowa przyjaciółek - Ireny i Wandzi. A reszta…?

No właśnie raczej przeciętnie. Po raz kolejny odcinek - przerywnik pomiędzy akcją. Owszem jak zwykle oglądało się miło ale wszystkie problemy znamy już z poprzedniego epizodu. Wiedzieliśmy już, że Mańka ma problemy z podjęciem decyzji o swojej przyszłości - chociaż po rozmowie z babcią podejrzewam, że zajmie się czymś związanym z kuchnią. Ma to w genach.

Elka nadal knuje i chce dokuczyć Ance. Bardzo dobre rozwiązanie scenarzystki. Widzowie wiedzą, że niebawem wybuchnie bomba, ale na razie Elka gra szefową, która wspiera pracowników. I jak podejrzewam Anka da się na to nabrać.
Pocałunek Jerzego i sprawa z zaginięciem syna przewidywalna. Niezła scena w kawiarni. Małgorzata - kolejna intrygantka pasuje idealnie do roli jej najlepszej przyjaciółki.

Szkoda, że tak mało wątków pracowników Imbiru i Kardamonu. Mam nadzieję, że ten potencjał nie zostanie zmarnowany.

Pola i Tadeusz ledwo przemknęli w tle - ale ważne, że szybko się pogodzili.
Mało Beatki i Andrzejka nad czym ubolewam ale już wiemy, że ich córeczka będzie miała na imię Kornelia, a Beata nie przepada za przebywaniem z dzieckiem. Świetna scena “Walusia” i jego muzyczne wejście z butelką.

Anka z Jerzym rozmawiają ze sobą jak ludzie i planują wspólną przyszłość. Nie zauważyłam, żeby byli bardzo religijni i szczerze zdziwił mnie wątek “chrzcin” Gniewka.

I najważniejszy wątek odcinka. Dokładnie od kilku tygodni zauważyłam, że Irenka rozmawia tylko o sobie i własnych problemach i nie zauważyła, że jej przyjaciele są parą i też mają swoje problemy. W końcu na jaw wyszedł wątek “pigularza” Witolda i jego małżeństwa.

Ogólnie nic ciekawego. Taki przerywnik, bez zwrotów akcji, zaskakujących ról aktorów i wątków komediowych.

2 bobry. i pół - żeby nie było :)