“Szału nie ma” jak mawia mój przyjaciel. Pojawił się wyczekiwany pilot serialu z Matthew Perry w roli głównej. Każdy kto kocha Przyjaciół (w tym ja) mocno trzyma kciuki za ich aktorów, którzy próbują swoich sił w nowych produkcjach. Mr. Sunshine to serial obyczajowy, chociaż zapowiadano, że ma być komediowy. “Miało być” bardzo śmiesznie. A jak jest? Szczerze?
Tak sobie.

Jest Ben. Główny bohater jest “samotną wyspą”, który nie przepada za nawiązywaniem kontaktów z ludźmi. Może przesadzam. To nie serial o samotnym wilku, który przechadza się po prerii z bronią w ręce.  Z racji swojego stanowiska - a jest menadżerem ogromnego stadionu musi być w kontakcie z potencjalnymi klientami, szefostwem i pracownikami. Ma dziewczynę, jednak są w luźnym związku i mogą spotykać się z innymi. Już w pierwszym odcinku dojdzie do rozstania.
Ale to i lepiej, bo kolejny nowoczesny, czterdziestoletni facet, z dziewczyną, która chce “więcej” to banał. W końcu dociera do niego, że chce związku ale jest za późno.

Główny bohater przez pół odcinka biega po budynku i załatwia stopienie lodu na przyjazd cyrku. W końcu jest pomysł i to klauni rozbijają lód młotkami. Przy okazji ucieka słoń. To tyle z głównego wątku.

Najjaśniejszymi punktami serialu są dwie postacie. Naćpana szefowa, której trzeba pilnować - w tej roli Allison Janney i jej syn, do którego kobieta się nie przyznaje. Znajomo brzmiące imię Roman (Nate Torrence ). Roman jest naiwnym ciapą i głupkiem. Ale przesympatycznym. I nikt po pierwszym odcinku nie określi ile ta niezguła może mieć lat. Równie dobrze 19, jak i 42.

W tych postaciach drzemie komediowy potencjał. Ale pierwszy odcinek nie pokazał w zasadzie nic. Na razie otrzymaliśmy drobny zarys tego, do czego mogą być zdolni. Szefowa Crystal prosi Bena aby znalazł jej synowi pracę, przy okazji informując, że nie są ze sobą “blisko”. Na akcji charytatywnej dla dzieci wyznaje, że jest tak dobra dla obcych, bo nigdy nie mogła mieć swoich. A jej syn siedzi na widowni i oklaskuje matkę. A Roman parzy ręce próbując upiec hamburgery.

Ani razu się nie roześmiałam. Chyba się starzeje. Nie ma tu sytuacji stricte komediowych ale nie nikt tego nie wymaga. Przecież można obyć się bez podkładanego śmiechu a widownia i tak będzie dobrze się bawić. Tutaj tak na razie nie ma.

Ostatnio pisałam o Episodes z Mattem Leblanc’em. I ten serial z odcinka na odcinek robi się coraz lepszy. Dam więc szansę Mr. Sunshine. Ale podejrzewam, że przy takim dawkowaniu humoru i akcji oglądalność w USA będzie dramatycznie niska.

Na razie 2 bobry.

fot.m-perry.org