Prawie rok czekaliśmy na ujawnienie oblicza panny młodej - wybranki serca największego uwodziciela w NY i zaprzysiężonego kawalera. Finał miał zdradzić wszystko. I rzeczywiście - pojawiła się twarz oblubienicy!
I się popłakałam…
[Ale cofnijmy się do początku. [Spoilery]

Podwójny odcinek, więc dwukrotna dawka wrażeń.
Lilly rodzi synka ale stara się poczekać na męża, który na dobre utkwił w kasynie. Pijany jak nieszczęście, z pomocą Barney’a w końcu znajduje autobus z emerytami. Ale to już pół odcinka, a ojca na porodówce nadal nie ma.
Nieubłagany kierowca, w końcu pod presją kilkukrotnego “ataku serca” zawozi “umierających” do szpitala, w którym rodzi się dziecko najsłodszej, serialowej pary.
Synek dostaje na imię po zmarłym ojcu Marshalla - czyli Marvin. Genialne. Jeszcze lepiej brzmi jego drugie imię, które wymyślił wujaszek Stinson i wszystkim bez wyjątku przypadło do gustu. Marwin… drugie imię - “Wait for it”. Po prostu. Nawiązanie do serialu - chociaż nie mam pojęcia jak to zapiszą ;)

Zostawmy jednak świeżo upieczonych rodziców i wróćmy do Teda i reszty drużyny.

“Jak poznałem Waszą matkę” nie ma szczęścia do aktorek, które wcielają się w ukochane głównych bohaterów. Po prostu. Uwielbiałam Jennifer Morrison w serialu Dr House, zupełnie nie przeszkadza mi w Once Upon a Time ale jako Zoey była po prostu nie do zniesienia. Podobnie jest z nową narzeczoną Barney’a. Becki Newton była cudna w “Brzyduli Betty” i naprawdę świetna w “Love Bites”. Ale jako Quinn - striptizerka jest nie do przyjęcia.
No może dla mnie - nie trawię tej postaci i tyle.

[Ale wróćmy do Teda].
Victoria w sukni ślubnej pojawia się w barze, zamiast bawić się na własnym ślubie. Wszystko szło gładko, aż do ostatnich minut odcinka. Być może Ted znalazł w niej ideał kobiety i materiał na matkę swoich dzieci - ale nad tym będę ubolewać później. Zamiast odwozić do kościoła postanowił ją porwać na romantyczną wycieczkę i uciec od ślubu. Nie wiem czy to zadośćuczynienie za sytuację ze Stellą?
Ale akurat on nie powinien tego zrobić. Wie doskonale jak wygląda sytuacja porzuconego przed ołtarzem “pana młodego”, który strasznie cierpi.

[Wracając do Barney'a.]
I mimo zaręczyn z Quinn, za którą nie przepadam, na końcu odcinka byłam pewna, że to ona zostanie panną młodą. Wszak wszystko na to wskazywało.
I nagle… panna młoda się odwraca. W sensie widzimy jej twarz. I to Robin!
W tym momencie się popłakałam. Trzymałam kciuki za tą parę - i tylko w takim wydaniu jestem w stanie zrezygnować z podchodów Barney’a. Nie wyobrażałam sobie żadnej innej osoby w tej właśnie sukni ślubnej, na tym właśnie ślubie.

[Ale wróćmy do Teda].
Wiktoria pojawiła się nagle i nie mam pojęcia po co. Na jej miejscu mogła znaleźć się każda z byłych, która się nie nadaje i na dobre odeszła z jego życia. Ja tego nie kupuję.
Nigdy nie przepadałam za tą postacią. Pani cukiernik mogła zniknąć na dobre.

Finał serialu bardzo mi się podobał poza decyzjami Teda, który jest jakby nie było jest osią zdarzeń. Teraz tylko czekam na matkę. I trzymam kciuki aby to nie była Wiktoria.

PS. A sztuczkę z chowaniem się w schowku na środki czystości z pewnością wykorzystam :)