Nadrabiania zaległości ciąg dalszy.
Dzisiaj krótkie podsumowanie wydarzeń w “O mnie się nie martw”.
Przyznaję, że serial z odcinka na odcinek zdobywa moje uznanie, jednak nie jestem w nim szaleńczo zakochana -  w przeciwieństwie do Pawła Domagały, którego rolę po prostu uwielbiam.
Krzysiek to najmocniejszy punkt każdego odcinka.

Mieliście rację. Modlitwa do Matki Boskiej i intonacja “Lulajże Jezuniu” rozłożyła mnie na łopatki :)

To geniusz komedii nad którym nadal się rozpływam.

Ale, że to nie serial “O Krzyśka się nie martw” muszę skupić się również na innych wydarzeniach ;)

Przede wszystkim nadal fizycznie boli mnie patrzenie na grę aktorską Eweliny Serafin, która wciela się w głupią blondynkę. Szczególnie przy scenach z Joanną Kulig widać różnicę w poziomie aktorskim.
Ja wiem, rozumiem, że ma być przerysowanym dodatkiem do wydarzeń u głównych bohaterów, ale coś idzie w złą stronę.

Marcin przyznał się Asi do pomyłki z pierścionkiem, a ona zareagowała jak prawdziwa dama. Pewnie niejedna z nas będąc na jej miejscu zdzieliłaby pyszałkowatego “mecenasika” po twarzy.
A tutaj proszę - kilka łez i szybka decyzja o wyjeździe, aby ochłonąć i pozbierać myśli.
(PS. Jak to dobrze pracować u ojca, który pozwoli na urlop w każdym momencie - prawda? ;) I jeszcze jedna sprawa - kim w Kancelarii jest tak właściwie Joanna? Mamy sekretarkę Martę, która również jest asystentką prawników, mamy Igę, która sprząta i Asię. Czy dla trójki adwokatów trzy pracownice to nie za wiele?)

Okazało się, że Biczyński bił i dręczył swoją żonę.
Tyran, któremu wydaje się, że posiadanie pieniędzy wszystko tłumaczy.
Muszę przyznać, że dom do którego przywiózł Igę był po prostu piękny (chociaż pomyślałam sobie kto będzie sprzątał te wszystkie metry kwadratowe marmurów i odpowiedź była w zasadzie oczywista ;).
Niestety jego ukochana na widok rowerków, przepychu, a nawet bujnie wyposażonej garderoby nie padła na kolana, a raczej kolanem uderzyła w najczulsze miejsce biznesmena.

Była ucieczka i wypadek.

Marcin nie umiał powstrzymać emocji na sali sądowej. Niby zrobił to co mu dyktowało serce, jednak dziwię się, że oczerniając klienta nie pomyślał o swojej przyszłości i karierze w zawodzie prawnika.
No cóż, to taki serial, w którym bohaterowie nie zawsze kierują się rozsądkiem.

Mam sporego minusa do przyznania - za scenę obiadu. Adwokat z klientem idą w przerwie procesu na wino. Ja wiem, że nie spotkali się na libacji alkoholowej, aczkolwiek Panowie powinni zdawać sobie sprawę, że tego samego dnia będą prowadzić samochody - a nawet kieliszek wina + pojazd mechaniczny może zniszczyć życie.

Czytałam w komentarzach, że w finale Marcin zdał sobie sprawę, że kocha Igę. Ja tego nie zauważyłam.
Powtarzam się i zdaję sobie z tego sprawę.
Sceny pocieszenia kobiety w szpitalu uzmysłowiły mi, że byliby takim wspaniałym rodzeństwem :)

Finał obfitował w mnóstwo wydarzeń, chociaż na główny plan wysunął się wątek psychopatycznego Biczyńskiego.
Za sceny w Sądzie, za ostateczne pożegnanie z biznesmenem, a przede wszystkim za Krzyśka i jego modlitwy:
3,5 bobra.