W oczekiwaniu na wyniki DNA (też Wam się dłuży ten wątek?) pojawiają się różnego rodzaju przerywniki.
Takim też był odcinek numer 7.

W zasadzie nic ciekawego się nie wydarzyło. Recenzję, a raczej kilka słów piszę tylko dla tych, którzy wytrwale oczekują na zmianę klimatu w O mnie się nie martw.

Sam Paweł Domagała tego serialu nie uciągnie, chociaż tradycyjnie Krzysiek robi co może…
Ale scenariusz jest groteskowy. Nawet małoletni pomocnik Staszek z ciekawego zabiegu celem ożywienia wątku Małeckich staje się lekko drażniący (oczywiście nie mam nic do młodego aktora!)
Mam nadzieję, że w końcu do akcji wkroczą rodzice bogatego chłopca i cykl szkoleniowy zakończy się szybciej niż się zaczął.

No cóż. To co wydawało mi się zupełnym nieporozumieniem staje się faktem. Krzysiek zadurzył się w Pani Marcie i stara się o jej względy.
Szkoda mi dziewczyny. Jak nie adwokat, który w nosie ma jej potrzeby (czytaj piękny ślub), to całkowicie niedojrzały psychicznie rozwodnik. Cóż za wybór ;)

Iga dalej męczy się (a przede wszystkim widzów) niekontrolowanymi wybuchami w Ośrodku poprawczym (pojawił się nawet Pan Bukowski w niezrozumiałej roli zapracowanego ojca), a Marcin stanął naprzeciwko Seniora w sprawie mediacji między tatą biznesmenem, a utalentowanym synkiem.
Nic ciekawego.

Główna para w końcu się pogodziła. Nie chodziło o fakt pojawienia się Mateuszka, tylko o to, że ukochany nie poinformował Igi o dość istotnej zmianie w życiu.
Ja rozumiem, że czekamy na wyniki badań, ale skoro o dzieciaku wie już Laura i Łukasz, dlaczego nie mówić o tym najbliższej osobie? Sama byłabym zła.

Ojciec wrócił do matki, Zarzycki wraca do Kancelarii i jak widzieliśmy w zapowiedzi - Ewa wraca do Warszawy.
Mam nadzieję, że w nowych odcinkach nie będzie trzeba męczyć dzieci ;) i dorośli aktorzy dadzą z siebie wszystko.

Za dzisiaj 1,5 bobra.