Prapremiera się odrobinę opóźniła, aczkolwiek już jest. I ja jestem ;)

Podsumowanie poniżej.

Przed finałem akcja rozwarstwiła się jak chusteczka higieniczna w pralce ;)

Bo powiedzcie po co wciśnięto nam Grażynę ukrywającą się w domu pasierba?
Rozczochrana pantera, bez zmiany bielizny cztery dni zalega na kanapie i daje się poniżać szorstkiej Martusi.
Ja rozumiem, że jej się nudzi w podmiejskiej willi. Ale przecież nikt jej nie broni wpadać w odwiedziny do Krzysia.
Albo tatko Igi jazzujący na trąbce?
Po raz kolejny nie było pomysłu na pojawienie się Pana Orzechowskiego w produkcji.

Małecka miała nosa irytując się na widok “cioci” krzątającej się po wspólnym mieszkaniu. Jednak “kobieca intuicja” to najlepszy radar na świecie.
Sylwia zakochała się w Marcinie.
Durny ten wątek i w zasadzie komu potrzebny?
Polubiłam postać stażystki, a teraz muszę ją dołożyć do grona “femme fatale”. Przybyła, namieszała i chyba będziemy się żegnać…

Paweł nie potrzebuje żadnego rozwodu, a Adam boleśnie przeżywa świadomość, że Joanna zamieszkała z rywalem.
Wstrzymam się z komentarzem do przyszłego odcinka.

Na chwilę pojawił się Pan Sapryk. Szkoda, że jego rola trwała tak krótko i produkcja nie wykorzystała talentów.
Zapachniało schematem. Młoda blondynka zakochała się od pierwszego wejrzenia w przystojnym Ciachorowskim (grę aktorską tegoż Pana uprzejmie przemilczę ;)

Znalazł się mąż Sylwii.
Prawniczka pojechała do więzienia bez stosownych dokumentów i odesłano ją z kwitkiem.
Służbiści byli naprawdę przekonujący :)
Tylko po co znowu zabrano nam kilka cennych minut odcinka na sceny, które nic nie dały?

Marcin zapowiada rychły ślub, a ciocio-babcie i dziadkowie zalegają na łóżkach przeglądając product placement w postaci kont oszczędnościowych.
Rozmemłana akcja, niepotrzebne przedłużacze i chyba brak pomysłów. Byle do finału!

Po raz kolejny 2 bobry.