Dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze facebooka, ipfon’ów i ACTA ;) pojawił się serial “Arabela”. Będąc dziecięciem pamiętam jedynie, że przed telewizorem gromadziła się cała rodzina - wliczając w to dziadków, kuzynów i leciwe ciocie. Z przyjemnością również wracało się do odcinków na kasetach VHS… Ale to nie recenzja Arabeli.
Każdy z nas czytał (lub czytano mu w dzieciństwie) bajki i baśnie. Nie ma chyba osoby, która nie zna historii Śnieżki, Kopciuszka czy Czerwonego kapturka. A jak radzą sobie seriale USA “w baśniowym klimacie”.
Lepsze Once Upon a Time czy Grimm?

Od razu szczerze powiem, że aby napisać to porównanie musiałam zmusić się do oglądnięcia czterech odcinków serialu Grimm. Więcej nie dam rady, a i tak czuję, że straciłam cenne godziny życia.

Grimm to opowieść o detektywie, który dowiaduje się, że jest potomkiem słynnych braci (Grimm).  Wiadomość o posiadaniu uzdolnionych przodków przekazuje mu umierająca ciocia, która pewnego dnia parkuje przed domem. Ciocia przyjechała z tajemniczą przyczepą, którą nasz bohater szybko (jak przystało na dzielnego detektywa) przeszukuje i odkrywa, że ciocia posiada tajemnicze księgi, szczegółowo opisujące zabijanie wilkołaków, kozłaków i innych upiornych stworzeń, które ukrywają się pod postaciami przeciętnych ludzi oraz poważny arsenał broni, którymi w/w należy unicestwiać.

Przy okazji detektyw Grimm zauważa u siebie zdolność przejrzenia stwora - na ekranie wygląda to dość komicznie - obserwujemy blondynkę, której nagle wykrzywia się okrutnie twarz, pokazują się zębiska, niekiedy czółka lub rogi - w zależności jakim stworem jest. I tutaj scenarzyści popisali się inwencją twórczą! Co tam wilkołaki! W Grimmie pojawiają się: “pszczołozwierz”, “niedźwiedzioczłowiek”, “kozłak” i człowiek świnia (już nie przypomnę sobie jego osobliwej nazwy).

Schematyczność, okropne efekty specjalne, brak tajemnicy i w zasadzie logiki + okrutna gra aktorska. Jeśli mam znaleźć plus tego serialu, to zdecydowanie będzie to Silas Weir Mitchell jako Eddie Monroe - wilkołak i przyjaciel głównego bohatera.

Ze względu na to jak “bardzo mi się podoba” Grimm decyzja może być tylko jedna - wygrywa Once Upon a Time.

Aczkolwiek i w tym przypadku nie jest do końca cudownie i bajkowo. Once Upon a Time to serial o małym chłopczyku Henrym, który odnajduje swoją biologiczną matkę (w tej roli Jennifer Morrison) i sprowadza ją do Storybrooke - miasteczka, którym rządzi jego matka adopcyjna (jako burmistrz). Dzieciak twierdzi, że jego mama to zła królowa, a reszta mieszkańców jest zaczarowana i każdy z nich jest postacią ze świata baśni. Oczywiście nikt mu w to nie wierzy, aczkolwiek widzowie przekonują się, że Henry ma rację - za pomocą wstawek “z przeszłości” czyli z baśni, w której wcześniej mieli swoje miejsca.

Wiem, że to zawiłe :) Ale poza złą królową widzimy również Śnieżkę - obecnie nauczycielkę w podstawówce, Rumplestiltskin’a - czyli właściciela sklepu (i nie tylko), Czerwonego kapturka - który prowadzi restaurację i wiele innych bajkowych postaci.

Najsłabiej również wypadają efekty specjalne - wybuchy, pioruny, mgły i inne cuda - kilkakrotnie się uśmiałam. I te rozmowy, decyzje, które muszą podjąć główni bohaterowie, ilość pompatycznych słów, która pada w prawie każdym odcinku.

Dylematy na poziomie telenowel. Mnóstwo przegadanego czasu, z zupełnie “zaskakującą” końcówką odcinka - jak chociażby wybór Emmy na szeryfa…

Poziom aktorski też bardzo mieszany, a Jennifer Morrison gra dwoma minami i często w chwilach zdziwienia otwiera usta.

Nadal oglądam Once Upon a Time i mogę polecić aczkolwiek tylko jako kolejny “umilacz” wieczoru. (tzw. “Guilty pleasure”).

A ja chyba jednak wolę Arabelę :)