Miałam ochotę na lekki i zabawny serial komediowy.
Zauważyłam, że wyżej wymieniony ma świetne opinie, a nawet kilka dobrych recenzji od rodzimych portali (czytając li i jedynie same ich tytuły).
Maraton z Netflixem - bardzo chętnie.
I po pierwszym odcinku mój entuzjazm odrobinę oklapł. Ale nie zrażając się pilotem postanowiłam trwać nadal i szukać pozytywnych stron.

I szczerze powiem nic dobrego o “One Day” napisać nie mogę.
Moja przygoda zakończyła się na piątej odsłonie. Szkoda czasu na odgrzewane kotlety.

Rodzina stereotypowa. Matka pielęgniarka z dwójką dzieci w wieku nastoletnim i babcia - religijna, kolorowa kobieta z tradycjami.
Gromadkę uzupełnia sąsiad (bogaty hipster - podrywacz), szef Penelope i wampiryczna koleżanka (która znika wraz ze mną w piątym).

Problemy to Kopiuj-Wklej z innych produkcji, wyświechtane do granic możliwości.
Kłótnie w relacjach matka-córka znane od lat, kłopoty z nastolatkami przewidywalne do bólu głowy, a moralizatorskie rozmowy, oczyszczające atmosferę sprytnie upchnięto na końcu każdego odcinka (chyba po to, aby widz, który turla się ze śmiechu przez dwadzieścia minut mógł chwilę odsapnąć ;)

Kolorowa scenografia i śmiech z puszki w losowych momentach.

To jest zła produkcja.
Zero świeżości, zero odkrywczych momentów, zero dialogów, które nadają się do “zacytowania”.
Dla fanów “Pełnej chaty” po latach.

1,5 bobra.
I w zasadzie sama nie wiem za co.