Kolejny maraton za mną :)
Co słychać za więziennymi murami?
Zapraszam na kilka słów podsumowania.

Orange is the New Black uwielbiam, aczkolwiek muszę być ze sobą szczera - nie wszystko w czwartym sezonie było idealne.

Po szokującym początku serial bardzo powoli się rozkręcał i w zasadzie byłam zaskoczona, że jest tak mało efektów “Wow”.
Chapman traciła swoje majtkowe imperium na rzecz latynoskiej konkurencji wymyślała intrygi, donosiła i tworzyła dziwne ugrupowanie “Białych”. W zasadzie czekałam z niecierpliwością, aż w końcu ktoś “utrze jej nosa”. Skończyło się boleśnie. Czy mi jej żal? Niekoniecznie…

Zabrakło mi Nicky, która w zasadzie wróciła do punktu wyjścia. Po powrocie ponownie stara się walczyć z uzależnieniem.
Zupełnie nie było Sophie, której wątek skupił się na walce z izolatkami i włodarzami więzienia, podobnie jak Dayanary, która z postaci pierwszoplanowej została zepchnięta w tło.

Po raz kolejny pojawili się strażnicy o psychopatycznych skłonnościach (pomysł z połykaniem żywej myszy mocno mną wstrząsnął), a najlepszy z nich udusił jedną z bohaterek. Już dawno tak nie płakałam - taka niepotrzebna śmierć…

Orange mnie jednak nie zawiodło. Ubolewam, że tak szybko zakończył się wątek celebrytki, pokochałam Taystee w roli asystentki z niebieskim zegarkiem, poznaliśmy historię Crazy Eyes, a Red pokazała oblicze matki, która cieszy się z powrotu córki marnotrawnej.

Szkoda, że nowe przygody więźniarek dopiero za rok. Już się nie mogę doczekać.
Za 4 sezon bez zbędnych dyskusji 4,5 bobra.