Co wcale nie oznacza, że to dobry serial.

Na ten tytuł spadło morze (bo fala to za mało) krytyki. Z trudem zabierałam się do włączenia odcinka, odkładając seans najdłużej jak się dało. Ale jestem już po. I powiem, że nawet nie bolało ;)
David Kohan odpowiedzialny za takie projekty jak: “Cudowne lata” i “Will i Grace” tym razem przedstawia nam historię dwóch zakochanych par (hetero i homoseksualnych), w których mężczyźni są również partnerami biznesowymi, a przede wszystkim przyjaciółmi z dzieciństwa.

Oklepany, banalny scenariusz. Kłótnia, przyjaciel naprawia relacje swojego współpracownika z narzeczoną. Happy end w barze.
Nuda i przewidywalność do ostatniej minuty + podkładany śmiech nawet w scenach, kiedy nie było śmiesznie.

Przyjaciele z dzieciństwa po latach zdecydowanie różnią się wyglądem. 1:0 dla geja Louisa ;) który prezentuje się jakby brał udział w programie “10 lat mniej”.
Michael Urie, którego z pewnością pamiętacie z “Brzyduli Betty” staje się etatowym homoseksualistą amerykańskiego serialu i to on zdecydowanie najlepiej radzi sobie w Partners.

Serial ma niską widownię i zapewne zostanie skasowany po kilku odcinkach, bo w Ameryce oglądalność jest wyznacznikiem być albo i nie dla wszystkich produkcji.
Nie będę się znęcać. Wręcz przeciwnie. Po komentarzach, które przeczytałam przed emisją spodziewałam się “shitu” na miarę $#*! My Dad Says i innych “Work it”.

Uważam, że mimo wszystko “Partners” rokuje i ma ciekawych aktorów.

Daję 2 bobry. Chociaż i tak wiem, że to “krew w piach” ;)