Kiedyś znalazłam świetne zdanie.
Antoni Czechow uważał, że jeśli w pierwszym rozdziale powiesisz strzelbę na ścianie i mocno to zaakcentujesz, to prędzej czy później ktoś musi z niej wystrzelić. Inaczej strzelba nie byłaby potrzebna.
Podobnie było z lekarstwami dla Marcina i wyraźnym zaakcentowaniem, że nie wolno mu spożywać alkoholu. W momencie kiedy zjawił się człowiek od kontroli gazowej ze specyfikiem szwagra byłam pewna, że dzielą nas tylko minuty od katastrofy.


I tak też się stało.
Adwokatowi zupełnie odjęło możliwość chodzenia (jak w Misiu - tylko, że tam za brak władzy w kończynach odpowiadała ruda wóda na myszach ;)

Wątek jak z “Jasia Fasoli”. Szkoda, że po pytaniu Jadwigi: “Co Panu potrzeba!” mecenas stwierdził, że chce wody - naprawdę liczyłam na to, że powie np. “Zagrać na bębenku”.

Mnie najbardziej ubawiła scenka, w której Krzysztof - podpuszczany przez kolegę - widział sytuację, kiedy jego była żona szła w kierunku Sądu  ściskając “namiętnie” adwokata.

Sprawa karna została wygrana. Jednak mam wrażenie, że życie Igi przypomina Rollercoaster. Na jedną dobrą wiadomość przypada kilka złych.
Tym razem było podobnie.
Dziewczynki uciekły ze szkoły, uratowały sąsiadkę i zostały przejęte przez Opiekę społeczną.

Zastanawiam się jak dotychczas główna bohaterka, która w zasadzie nie zarabia - radziła sobie bez adwokata?
Marcin jest skuteczny w każdym momencie jej życia i naprawdę po raz kolejny ratuje jej rodzinę przed poważnymi komplikacjami.

Ewelina Serafin jako głupia blondynka - miała być atrakcją odcinka.
Niestety jej gra aktorska… boli.
A wiemy, że w polskim serialu udało się już zagrać idiotkę - nomen omen -  np. Violetta z Brzyduli (Małgorzata Socha).

Naiwne, naciągane do granic możliwości. Ale bawi.

Ja tego serialu nie kupuję do końca. Aczkolwiek z przyjemnością oglądam kolejne odcinki i czekam na więcej. Co to za fenomen?

Nadal w granicach 2,5 - 3 bobry.