Przepis na życie – po odcinku 11

Wiemy już, że jesienią zobaczymy nowe odcinki tego serialu. Mam nadzieję, WIELKĄ nadzieję, że scenarzystka przemyślała już losy Anki i jej przyjaciół i obecnie tylko dopracowuje szczegóły. Bo szkoda byłoby zepsuć coś tak dobrego. Kontynuacja może być dobra – przykładem jest Ranczo, może być bardzo słaba – trudno tutaj nie umieścić Szpilek na Giewoncie.
Jeśli scenariusz do kolejnych odcinków miałby zostać napisany w pośpiechu, na kolanie, bez ładu i składu – to może lepiej poprzestać na pierwszej – rewelacyjnej serii.

Chociaż uważam, że Przepis na życie jest skierowany do kobiet, które jak ja, momentami ściskają kciuki, innym razem ocierają łezki, to warto aby Panie namówiły swoich partnerów na seans – dowiedzą się kilku ciekawych rzeczy.

Najnowszy odcinek bardzo szybko poradził sobie ze śmiercią, żałobą i pogrzebem męża i ojca – Cezarego. Uważam to za dobry zabieg, oglądanie przez 40 minut smutku i przygnębienia głównych postaci popsułby akcję i jak wiemy z innych produkcji wynudził dostatecznie widzów.
Wątki przesunięto po raz kolejny w czasie i główna akcja skupiła się na konkursie kulinarnym Anki. Nie ukrywam trochę się zawiodłam, kiedy ogłoszono wyniki. Miałam nadzieję, że mimo wszystko Anka dostanie drugie miejsce, lub zupełnie znajdzie się poza podium. Wiemy, że jest bardzo dobrą kucharką amatorką, która kocha to co robi, jednak ten wątek był bardzo przewidywalny.

Jerzy na razie jest jej najlepszym przyjacielem ale widzimy, że powoli staje się kimś bliższym. Dobrze napisane dialogi, bardzo powoli rodzi się relacja między głównymi bohaterami – i to jest główna zaleta tego serialu. Po 11 odcinkach wiemy, że Anka i Jerzy lgną do siebie ale nadal wszystko może się zdarzyć.

Jak zwykle było dużo ujęć potraw i gotowania. Mam jednak wrażenie, że żeberka były za bardzo spieczone 😉

Świetna Beata, załamana perfekcjonistka pokazała nam się z drugiej strony – rozczochrana, bez makijażu, która nie chce wybaczyć Andrzejowi. Scena jej przybycia do Imbiru i rozmowa z Anką pokazały nam tą postać z innej strony – coraz bardziej ją lubię.
Pola w końcu dopięła swego. Była modliszka zdenerwowana i podciągająca poły płaszcza? Ta postać też przeżywa swoją wielką metamorfozę. Scenarzystka i aktorka nie poszły na łatwiznę – jest nadal bardzo dobrze.

Bardzo mało akcji u Mańki i Grochola, prawie nie było Grubej. Jak zwykle idealnie dobrana muzyka.
Nie ma co analizować odcinka w punktach. Nadal dobra ocena –  3,5 bobra. Pisząc cokolwiek o tym serialu trudno nie nadużywać słów: rewelacyjne, bardzo dobre itp. I tak trzymać!

Trzymam kciuki za Panią Pilaszewską – proszę nie zepsuć „Przepisu…” kolejnymi akcjami w stylu obraziła się/obraził.

5 odpowiedzi do “Przepis na życie – po odcinku 11”

  1. Podpisuję się wszystkimi łapkami pod tym ci zostało tu napisane.
    Na każdy odcinek czeka się z niecierpliwością i nie mozna się oderwać od ekranu.

  2. Po ostatniej scenie zaczełam sobie myśleć, ze jednak niepotrzebnie węszę i szukam spojlerowych informacji, bo byłabym mega ciekawa któż to śpi u Jerzego, a tak to wiem, że to syn… Eh, głupia babska ciekawosć… Ale co zrobic. I tak kocham spoilery:)

  3. Mam to samo 🙂 Nie chce wiedziec ale szukam streszczen i zwiastunów 😀 normalna ciekawosc nie ma sie co winic 🙂

  4. Jeszcze dodaje do recenzji ARMY napisane na klacie ojca Beatki 🙂 rozwalilo mnie to totalnie 😀 I apropo naszych facetow ktorzy powinni ogladac ten serial wczoraj Majewski przyznal sie ze z zona oglądają Przepis na życie, a Beatka zniechęca do szukania kochanek 😀 I tak trzymac 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *