Po ostatnim odcinku wyżej zawiesiłam poprzeczkę i może przez to jestem odrobinkę zawiedziona.

Reszta poniżej. Prapremiera!

Na ogromny plus relacja na linii Dorota i jej starszy mąż.
Po spowiedzi wzruszyłam się. Nikt nie jest perfekcyjny, ale kochać za paskudny charakter i interesowność też trzeba umieć. Podobnie jak przyznać się do swoich “walorów”.
Szkoda, że nie mam w pobliżu jachtów i przyjęć z milionerami. Żartuję ;)
“Czas docenić swojego, bo można mieć gorszego”. ;)

Inga jest wkurzająca do granic możliwości. Nie będę oceniać czy to bardziej załamanie nerwowe, czy tylko wygodnictwo.
Jeśli koleżanka załatwia Ci pracę “po znajomości”, a twoim jedynym celem jest dotarcie na umówione spotkanie - to to robisz. Tak działają “polecenia”.
Najważniejsze, że już nie płacze. Wątek miłosnych uniesień Andrzeja zostawiam na “zaś”. Dziewczę jest pełnoletnie, a zblazowany tatko niebawem dostanie kosza. Parsknęłam na zwiastunie.
Trzeba tylko utemperować młode pokolenie. Nie trawię gówniarzy, którzy nie mówią “Do widzenia”, czy “Dziękuję”. Ciekawe, co będzie jak pożyję jeszcze kilkadziesiąt lat ;)

Zuza ma raka.
Nie spodziewam się cudów - wszystko zostało wyjawione grubo przed premierą. Czas na walkę i wzruszenia.
Kilka scen z Dagmarem i finisz. Za mało.

Anka patrzy jak jej mąż zostaje taksówkarzem. Każdy sposób na wyjście z nałogu jest dobry, a  Paweł wybrał akurat jazdę samochodem. Źle, że żona wyśmiewa go podczas spotkań z koleżankami i nie traktuje poważnie.
Raz podcięte skrzydła szybko nie odrosną. Pojechałam sobie Paulo Coelho, aczkolwiek możecie mnie cytować ;)

Spotkaliśmy ojca Wiktora zmagającego się z traumą. I samego męża - tyrana w szpitalu. Tadzik naprawił Gruszewskiej pralkę, a koleżanka z pracy szantażuje Ankę.
Ewidentnie odcinek zabrzmiał jako wstęp do nadchodzących wydarzeń. Miłość Dorotki, lęk Zuzy i kilka innych szczegółów dają razem:
2,99 bobra. A nawet 3.