Z uwagi na przygotowania do Świąt mam spore zaległości serialowe, które zamierzam nadrobić.
Na początek Przyjaciółki i tradycyjna zagadka w tytule.
Kto i do kogo powiedział wyżej wymienione słowa?

Porównując poziom obecnego sezonu do czwartej odsłony widać spektakularny spadek formy.

Inga prezentowała znaną minę męczennicy. Nie chce rozmawiać z Zuzą i jest zła na Szymona o kupno szczurka dla Hani.
Scena ze zwierzakiem, który uciekł z klatki w zamierzeniu humorystyczna według mnie naciągana do granic możliwości.
Nadal ubolewam, że jej wątek w tym sezonie w zasadzie nie istnieje.

Patrycja odnosi sukcesy zawodowe, a fryzura, która była przyczyną spięcia z Sebo trafiła na okładkę. Michał po spaleniu lokalu jest załamany i nie ma najmniejszej ochoty na figle z żonką.
Ucieszyła mnie krótka rozmowa z Zuzą, która bardzo szybko uświadomiła przyjaciółce, że musi cierpliwie poczekać, a przede wszystkim zrozumieć co obecnie czuje jej ukochany.

Anka po raz kolejny nie ma czasu dla Maćka. Rozumiem jej dylematy - jest przede wszystkim matką, a błękitne oczy synków sprawiają, że każdej kobiecie może stopnieć serce.
Niebawem czeka ją kolejny krok - wspólne mieszkanie z młodym przystojniakiem.

Gwiazdą odcinka była oczywiście Zuza i jej przygotowania do wyjazdu. Kobieta nowych ciuchach i z wydepilowanym bikini miała podbijać Teneryfę.
Niestety jej ukochany w ostatniej minucie odwołał wycieczkę. A nasza Pani Prezes nie tylko została z szafą pełną niepotrzebnych wakacyjnych ubrań, ale całkowicie pogrzebała swoje szanse na awans.
Postaci drugoplanowych było jak na lekarstwo, podobnie jak humoru, czy wzruszeń.
Odcinek z gatunku “przeciętniaków”.
Moja ocena to tylko (lub aż) 2 bobry.