Z pewnym opóźnieniem - ale już jest.
Kilka słów po prapremierze znajdziecie poniżej.

Nadal nic szczególnie ciekawego się nie wydarzyło.

Na początek plusy.

Wyszczekana Dorotka, która jeszcze nie rozumie, że w kwestii wychowania i edukacji pierworodnej jest powodem do kpin.
Dobrze, że Agnieszka Sienkiewicz wróciła. Powoli wraca pewien koloryt i specyficzny rodzaj poczucia humoru.

Zuza zaimponowała swojemu szefowi, zdobyła nowego wroga i powzruszała się ze Stefą.

Michał Czarnecki jako przystojny nauczyciel/Dyrektor - zapowiada się nieźle, podobnie jak wątek Anki, która w nowej pracy nie da sobie “w kaszę dmuchać” przy jednoczesnym odcinaniu toksycznej pępowiny.

I to w zasadzie byłoby na tyle.

Inga zachowuje się jak udzielna księżna. Ja rozumiem, że nikt nie lubi, kiedy obca osoba kręci się po domu i zaczyna rządzić - ale bez przesady!
Siostra Roberta odkurza, prasuje i gotuje i to moim zdaniem jest wielkie odciążenie dla chorej. Wystarczyłoby przeczekać kilka dni, a później wylewnie podziękować i dać jasno do zrozumienia kto jest Panią tego ogniska.
Wiola mimo wszystko chciała dobrze, a została kilkakrotnie obrażona. Włącznie z wytykaniem wieku.

Czy każda przyjaciółka musi mieć dzieci? Z tego co pamiętam to gdyby nie zwyczajowa wpadka, to Zuza nigdy nie pomyślałaby o planowaniu ciąży.
Mogę zrozumieć, że odezwał się instynkt, chociaż ja obstawiam, że Pani Prezes podjęła specyficzne wyzwanie, kiedy dowiedziała się, że coś będzie dla niej trudne/niemożliwe.
Szkoda, że bankiem nasienia zostanie niczego nieświadomy Jasiek.

Anka już dawno powinna odciąć córeczce i zięciowi dostęp do zapasów spożywczych. Nastoletni pasożyt nie robi nic, a jeszcze pyskuje i obraża rodzicielkę.
Mam nadzieję, że w końcu nadejdzie czas metamorfozy, bo na razie Julka trafia na listę “Najbardziej irytujących”.

Bez ochów i achów.
Niechaj dziewczyny już wyzdrowieją, bo akcja stoi w miejscu.
Po raz kolejny 2,5 bobra.