Dzięki Bogu - dotychczas nie miałam okazji spotkać przyjaciół w szpitalu.
Aczkolwiek po Red Band Society wiem, że dużo mnie ominęło.
Serial jak serial.
Oczywiście nastawiałam się na superprodukcję, która “zmiecie” mnie po kilku pierwszych odcinkach. Nic takiego jednak się nie stało.

Opowieść o chorych dzieciach, w jednym z najlepszych szpitali w USA była - nie ukrywam tego słowa - przeciętna.

Dzieciaki zdrowiały, albo i nie. Personel medyczny składający się z pięciu osób nijak do mnie nie przemówił, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że tak oddanych pielęgniarek i lekarzy, którzy poświęcają życie prywatne aby pomagać - ciężko mi będzie znaleźć w kolejnych serialowych produkcjach.

Polubiłam młodzież. Będę zastanawiać się co dalej z rakiem Leo, anoreksją Emmy, czy “śpiączką” Charliego. Młodzi aktorzy dali z siebie wszystko. Nie ich wina, że scenariusz się posypał.
Może gdyby serial wyprodukowało ABC Family to dotrwalibyśmy do czwartego sezonu.

Ewidentnie było widać, że ostatni epizod był niejako pisany na kolanie. W popłochu zakończono wszelkie wątki, happy-end bił po twarzach, a budowane od dwunastu odcinków postacie ledwie prześlizgnęły się po ekranie.

Czy będę tęsknić? Jeszcze tego nie wiem…  Chociaż z pewnością chciałabym zobaczyć młodych aktorów w innych produkcjach.
Za całość - 2,5 bobra.