Serial notuje dobre wyniki oglądalności, więc z pewnością CBS nie pozbędzie się tej produkcji po kilku odcinkach (chociaż mogę się mylić). Nie jestem wielką fanką Rob’a Schneidera, który w tej produkcji gra tytułową postać, dlatego długo nie mogłam się zdobyć na poświęcenie kilkunastu cennych minut ;)

Schemat - ona i on zakochują się w sobie i postanawiają urządzić błyskawiczny ślub w Las Vegas. Później on zostaje przedstawiony rodzinie kobiety - w tym przypadku “jej wielkiej, meksykańskiej rodzinie”.

Gag na gagu + śmiech z puszki. Rodzina ujmująca i wielopokoleniowa. Teść boi się teściowej, jest też niepracujący wujaszek z tendencją do kombinatorstwa.

Szkoda tylko, że odcinki (na razie oczywiście) są przewidywalne do bólu. Jak Rob się obleje gorącym woskiem z pewnością musi przyjść rodzinka i zobaczyć go w fatalnej sytuacji.

Mocny punkt dla męskich odbiorców - Claudia Bassols. Na razie jest miła i urocza, tworzy cudowne tło, aczkolwiek gdyby ktoś pokusił się i domalował jej pieprzyk momentalnie stałaby się kopią jednej z najsłynniejszych modelek świata - Cindi.

Nie jest bardzo źle jak w przypadku na szczęście anulowanego Work It, jednak męczy mnie już ilość podkładanego śmiechu. W dialogach i dyskusjach wybuch sztucznej radości odbywa się po każdej kwestii wypowiedzianej przez bohaterów.
A uwierzcie mi, mało kiedy podniesiecie kąciki ust do góry.

Serial przeciętny. Jednak z pewnością zobaczę jeszcze kilka odcinków aby nabrać pewności czy warto poświęcać swój czas “Rob’a”.
Na razie, po zaledwie dwóch epizodach niecałe 2 bobry.